ON:
I stało się: w mojej płytotece wylądował Mrozu lub jeśli ktoś woli Łukasz Mróz, którego polska scena muzyczna poznała lepiej w 2009 roku dzięki „Milionom Monet”. To, co możemy znaleźć na krążkach Wrocławiaka, jest mieszanką R&B, hip-hopu, popu. Nie jest to jednak koniec, nie chcę nazywac go polskim Jastinem Timberlake, ale chyba najbliżej mu do tego co prezentuje Amerykanin. Jaka jest jego najnowsza płyta – „Rollercoaster”?
Można powiedzieć, że właśnie taka, jak zabawa na tytułowej kolejce. Przede wszystkim z racji tego, iż znajdziemy tu mieszaninę dźwięków i tekstów, którymi można by obdarzyć niejeden album. Mamy do czynienia z muzyką, która się sama słucha. Pierwsze dwa utwory to praktycznie znane wszystkim radiowe killery. Jeden to „Jak nie my to kto? zagrany razem z Tomsonem, drugi dla mnie totalna masakra, kompozycja kompletna, taka, która jak wlezie do głowy rano, to do końca dnia będzie się błąkała po czaszce. Jest nim „Nic Do Stracenia”. To, co można powiedzieć o tej piosence, to że jest wyprodukowana w sposób, którego nie mamy się co wstydzić. To górna półka, światowego grania. Nawet teledysk do tego dzieła zrobiony w sposób perfekcyjny. No i w nim chyba tak naprawdę widać, jak bardzo Mrozu jest zagranicznym showmanem. To typ młodego kolesia, który gdzieś minął zaściankowość lat 90-tych i wychowany na teledyskach zza oceanu wyciągnął z nich to, co najlepsze. To nie jakiś śmieszny „Pikej”, starający się być tym, kim tak naprawdę nie był i nie będzie. Łukasz Mróz czuje się idealnie w klimatach R&B, w muzyce często zahaczającą o klubową, czuje się dobrze i tworzy dobrze. Gdy przeskoczymy dwa wspomniane na początku utwory, natkniemy się na bardzo melodyjną balladę „1000 Metrów nad ziemią”, a zaraz po niej „Burn This”. Ten utwór mógłby spokojnie lecieć w zagranicznej stacji muzycznej i nawet bym nie powiedział, że został on nagrany przez Polaka.
Trochę nie podchodzi mi tytułowy „Rollercoaster”. Jest za bardzo wydziwiany muzycznie. Słowa zupełnie nie współgrają mi z dźwiękami, ale może to moje odczucie. Ponieważ jestem cholernie zboczony, jeśli chodzi o elektronikę, która stałą się dla mnie ostatnio swoistym azylem. Ta druga część płyty jest trochę inna, więcej tutaj wspomnianej elektroniki. To dźwięki, które spokojnie mogą nadawać się jako tło do filmu. Taki jest np. „Kuloodporny”, mogący spokojnie zamykać napisy w dobrym filmie.
Dużym plusem tego krążka jest melodyjność. Utwory potrafią wpadać w ucho i robią to w sposób zupełnie niespodziewany. Mrozu bawi się dźwiękami, łączy klasykę z nowoczesnością, ale nie robi tego w sposób odpustowy. Nie mamy tutaj do czynienia z „wieśniackim” połączeniem. Ten album jest subtelny i co ważniejsze wysmakowany. Każdy element jest odpowiednio dopasowany, przypomina cholernie dobra danie, a Mróz okazał się naprawdę wyjątkowym, młodym kucharzem. Bardzo jest mi miło napisać, że na polskim rynku pojawia się kolejny album, spokojnie mogący konkurować, ze światowymi produkcjami. Jeśli macie wolne 3 dyszki to zainwestujcie w krążek, bo naprawdę warto.

