Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

MUZYKA

Poets of the Fall – „Jealous God”

ON:

Są takie płyty, które są idealnym podkładem pod męskiego, chamskiego doła egzystencjalnego. Siedzisz z kumplem przy flaszce, walicie kolejne shoty i gadacie o życiu i dupach, o pracy i szefach, a później zdajecie sobie sprawę z tego, że macie własne firmy. Mijają kolejne minuty, a w waszym krwiobiegu pojawiają się dodatkowe procenty. Rozmowy schodzą na kolejne tory, a wy nawet nie wiecie kiedy w tle przesłuchaliście kolejny album Poets of the Fall.

Ten fiński zespół, jest najlepszym przykładem na to, że popowo-rockowe granie z delikatnymi elementami progresywnymi potrafi trafić i do takiego starego piernika, jak ja, który rozkochał się w przeróżnych gatunkach muzycznych i do mojego kumpla, który muzycznie odstaje ode mnie. Pieprzyć kłótnie pomiędzy Deezerem i Spotyfi. W dniu premiery oboje siedzieliśmy przy kompach i wsłuchiwaliśmy się w dźwięki najnowszej płyty Poets of the Fall – „Jealous God”.

Promującym krążek singlem był „Daze”, który przynosi na myśl „King of Fools” z Carnival of Rust. Jest gitarowy wstęp, a później pojawiają się bardzo wysokie wokale w wykonaniu Marko Saaresto. Utwór ten to także klawisze, które towarzyszą zespołowi od początku kariery. „Daze” idealnie nadawał się na promocyjny kawałek, piosenka to jest lekka i melodyjna, pomimo początkowo ciężkiej gitary. Po ponad pięciu minutach przechodzimy do sedna, czyli tytułowego „Jealous God”. Co to jest za ballada, masakra. Jeśli pamiętacie „Late Goodbye” lub „Stay” to będziecie zachwyceni. „Zazdrośni bogowie” to utwór komplety, może to być opowieść o miłości, ale czy to miłość pomiędzy ludźmi, a może pomiędzy człowiekiem i bogiem? Gdy pomyślę o tym dziele na myśl przychodzą mi „Amerykańscy Bogowie” Gaimana, oni też stworzeni byli z wiary i miłości. Końcówka tej przepięknej ballady, smakuje podobnie jak koniec fenomenalnego „Ashes to ashes” Davida Bowie wszystko dzięki ukrytym w tle klawiszom.

Kolejną ścieżką na płycie jest „Rumors”. Spokojne i melodyjne otwarcie, jest wstępem do typowo popowo-rockowej szarpaniny. Prosty w swojej konstrukcji i poza rozwinięciem w jego drugiej części nie rzuca na kolana. Podobnie jest z „Brighter Than the Sun”, za to następujące po nich „Love Will Come to You” przypomina stylizowany na balladę z dzikiego zachodu opowieść o miłości, która zawsze do nas przychodzi. Idealna wokaliza w refrenie, może być tylko zniszczona wstawką, która pojawia się w połowie piosenki. Bez niej jednak, ten kawałek nie brzmi tak dobrze. Szósty na płycie jest „Rogue” i muszę przyznać, że mamy do czynienia z pewnym zaskoczeniem, bowiem jest to praktycznie 5 minutowa progresywna instrumentalna zabawa, której nie powstydziliby się wielcy sceny muzycznej. Można powiedzieć, że rozdziela płytę na dwie części, ale nie do końca tak jest. Wszystko przez to, że kolejne ścieżki trzymają bardzo podobny, wysoki poziom.

„Jealous God” to płyta dobra, zasługująca na 4 z 5 gwiazdek, jeśli byśmy mieli ją oceniać w jakiejś skali. Przede wszystkim jest równa i trzyma poziom, poza tym stylistycznie nawiązuje do poprzednich albumów. Kawał dobrego grania.