ONA:
Mam wielki problem z „filmami drogi” bo na ogół są one bardzo piękne, subtelne i spokojne, i bardzo często zbyt spokojne, żeby nie powiedzieć nudne. Na szczęście dzieło, które przyszło mi oglądać i które mocno wpisywało się w ten gatunek, nie było smętne. Było piękne i bardzo metaforyczne. Podejrzewam, że każda osoba, która go zobaczyła, może go odczytywać inaczej. Daje do myślenia i to jego największy plus…
Pewna firma z branży biotechnologicznej ubzdurała sobie, że na Tasmanii żyje jeszcze jeden tygrys tasmański. Potrzebowali jego DNA do swoich niezbyt chlubnych celów. Według oficjalnych danych zwierzę to wyginęło dawno temu, ale nie – tamci są uparci i zdeterminowani do granic przyzwoitości. Wynajmują więc fachowca, myśliwego – Martina Davida (Willem Dafoe), który ma wytropić Tazzy’ego, zabić go, pozyskać próbki, a resztę spalić, by nikt inny nie mógł zrobić czegoś podobnego. Martin wyrusza więc na swoją misję, która dość mocno wywróci mu myślenie i podejście do świata. U pewnej kobiety wynajmuje pokój, ale i tak większość czasu spędza w lesie, szukając zwierza. Lucy Armstrong to kobieta solidnie doświadczona przez życie. Mieszka w głuszy z dwójką dzieciaków, a jej mąż zaginął. Tak po prostu. Ona z kolei średnio dając sobie radę z losem, coraz częściej uciekała w ramiona różnych tabletek. Wydawać się mogło, że w życiu jej i jej dzieciaków Martin pojawia się we właściwym czasie. Błąd. Martin ściągnął wraz ze sobą mnóstwo kłopotów…
Początkowo ten film jest baaaardzo subtelny i mogłabym nawet powiedzieć, że się ciągnie. Ni to obyczaj, ni to dramat, pełno w nim pocharatanych ludzi i do tego ten nieszczęsny tygrys tasmański, którego mi po prostu było żal. Skoro przetrwał wymarcie, to czemu miałby zginąć z powodu hiperambicji jakiś technologów?! No przecież tu nie trzeba być jakimś eco-świrem, żeby dojść do wniosku, że to nie przystoi! A potem zaczyna się akcja, bowiem na scenę wkracza drugi łowca. Ten to już zupełnie nie ma skrupułów… Powiem tak: są trupy.
„Łowca” to przepięknie zrealizowany film, zamknięty i dopracowany pod każdym względem. Kapitalnie pokazuje człowieka na tle przyrody oraz to jak genialnie pewne sprawy natura rozwiązuje. Ale tak jak napisałam – każdy inaczej zrozumie to dzieło, bo jest ono szalenie alegoryczne. Jedni znajdą w nim opowieść o samotności, inni o cierpieniu. Jeszcze inni zobaczą jak nędzną kreaturą jest człowiek, w zderzeniu z naturą, która jest perfekcyjna. A może to przypowieść o tym, że w każdej chwili można odmienić swoje życie?
Dafoe ma tu kolejną świetną rolę, a ja ciągle mam wrażenie, że on jeszcze nie pokazał wszystkiego, na co go stać. W roli łowcy sprawdził się świetnie. To jego film. On i partnerujące mu dzieciaki zgarniają całą uwagę. A do tego mamy świetny montaż i przepiękne miejsca. I dużo sensownej fabuły.
ON:
Zdarzają się filmy wyjątkowe. Nie są przepełnione efektami specjalnymi, a historie, które opowiadają, zawierają w sobie dużą dawkę emocji. Trafiamy na nie przypadkowo, ponieważ nie są promowane przy pomocy wielkich banerów, reklam w prasie, a często pojawiają się tylko DVD lub BD, omijając kinową dystrybucję. Jednym z takich dzieł jest „The Hunter” w reżyserii Daniela Nettheima.
Dramat ten rozpoczyna się w Paryżu i chwilę później jego akcja przenosi się na dzikie tereny, na których podobno żyje ostatni z tygrysów tasmańskich. Martin David jest facetem do wynajęcia. Pozbawiony skrupułów potrafi przyjąć każde zlecenie. Tym razem jego pracodawcą jest „Czerwony Liść” – korporacja, która zajmuje się technologiami i biotechnologiami dla wojska i rządu. Podobno ktoś kiedyś widział ostatniego żyjącego tygrysa tasmańskiego, stworzenie mityczne, legendarne. Jego ślina miała zawierać toksynę, którą można by wykorzystać do celów wojskowych.
Tasmania nie jest miejscem przyjaznym. Rozdarta pomiędzy drwalami a zielonymi, którzy walczą z wyrębem, stała się placem boju. Martin przyjeżdża na miejsce i wynajmuje pokój u Lucy Armstrong – młodej kobiety z dwójką dzieci. Od czasu gdy jej mąż wyruszył na wyprawę i nigdy nie wrócił, żyje ona w innym stanie świadomości, w który wprowadza się tabletkami. Dzieciaki jakoś sobie muszą radzić, na całe szczęście dom odwiedza Jack Mindy, przyjaciel jej męża. Przywiezie zakupy, pomoże coś ogarnąć.
Od samego przybycia Martin poświęca się pracy, wyrusza w teren na poszukiwanie nieistniejącego drapieżnika. Nie trzeba długo czekać, by jego powroty stały się nagrodą dla dzieciaków. Twardziel przeradza się w domowego majsterkowicza, kucharza, a nawet ojca. Podstawowa komórka zwana rodziną odradza się. Trwa to powoli, musi zostać odbudowane zaufanie i relacje, jakie pojawiają się między ludźmi. Wydawałoby się, że wszystko jest na dobrej drodze do szczęścia, że Martin znajdzie zaginione zwierzę, a także pomoże „odbudować dom”. Pod maską twardziela kryje się bowiem mężczyzna mający zasady, człowiek starej daty, który zdradzony nie zamierza pozostawiać takiej sytuacji samej sobie. Z drugiej strony mamy do czynienia z korporacją, która nie zamierza odpuszczać i będzie dążyć do celu bez względu na cenę.
„The Hunter” to film o ludzkiej krótkowzroczności i zachłanności. Wybite przez białego człowieka tygrysy tasmańskie są jednym z wielu gatunków, do śmierci których przykładamy rękę. Scenarzyści nie potępiają wprost działań człowieka, pozwalają widzowi ocenić dokonania naszej rasy. Poza tym to dzieło o uczuciach i potrzebie bliskości, jaka towarzyszy każdemu z nas. Nie ma możliwości zamknięcia ich w sobie, zawsze bowiem znajdzie się ktoś, kto nawet nieświadomie pozwoli nam je uwolnić. Mamy do czynienia z kinem smakowitym, spokojnym i refleksyjnym. Warto.
