Justice League - recenzja1

Czy jestem OSTATNIĄ osobą, która obejrzała „Justice League”? Całkiem możliwe, że tak. Jakoś nie było nam po drodze. Plus ja naprawdę nie mogę przekonać się do uniwersum, które zostało stworzone przez DC Comics. Zawsze bardziej siedział mi Marvel. Cóż, można wyjść z gimnazjum, ale gimnazjum z Ciebie nie wyjdzie nigdy, mentalnie mam chyba 15 lat.

Justice League – recenzja

I tak wszyscy cholernie narzekali na ten film, że nudny, że beznadziejny, że kompletnie skopana fabula… A ja przeszłam obok tego niewzruszona.

No i obejrzałam.

I należę do chyba dość wąskiego grona osób, którym siadło to dzieło. Szok. Serio. Wkręciła mnie fabula. Tak, film mi się podobał. To ostateczny argument przemawiający za tym, że mój gust filmowy jest tragiczny.

Ale mam dwa bardzo logiczne argumenty, którymi będę broniła swojego zdania.

Po pierwsze: Ben Affleck jako Batman jest spoko. Inaczej, on jest spoko jak Bruce Wayne, bo w masce Nietoperza mam wrażenie, że wygląda „ciasno”, że zaraz mu policzki wypadną. Ale jako taki trochę zmęczony, trochę zbyt cierpki, zbyt dziwny bogacz? No hej, jest świetny. I taki duży się zrobił i ta siwizna mu pasuje, i to jak patrzy na Wonder Woman…

Po drugie: Aquaman. Zresztą – pieprzyć Aquamana! Jason Momoa, biczes! Bardzo czekałam na to, by wreszcie go zobaczyć, bo najpewniej nie widziałam go wcale albo nie kojarzę zupełnie czy cokolwiek z nim widziałam. Tak, należę do tego niebywale wąskiego grona osób, które nie oglądały „Gry o Tron”, a z czasów „Słonecznego patrolu” go nie kojarzę. Także wreszcie nadszedł ten dzień. Mateczko! Jaki on dziki i nieokrzesany! Jak to się dobrze oglądało? Tylko kto mu w oczy włożył te ohydne kontakty?!

I jak dla mnie tych dwóch i Wonder Woman, za którą przepadam, robią tu całą robotę. Czy to wystarczy? Mi – owszem. Dla komiksowych purystów – pewnie nie. Dużo bardziej siedziała mi ta część, niż poprzednia, gdzie to Batman i Superman się na siebie obrażali i lali po mordach. Tak bardzo cieszyło mnie to, że Clark wylądował w trumience, a tu… ech, bez spoilerów, ale powiedzmy sobie szczerze – motyw ze zmartwychwstaniem mocno zerżnięty od innego bohatera fantasy, z pewnej przynudnawej książki.

Po raz kolejny w filmie chodzi o walkę dobra ze złem, o jednoczenie się przeciwko wspólnemu wrogowi, blablabla. Plus to była świetna okazja do tego, by wprowadzić kolejnych bohaterów.

A wszystkim tym, którzy mówią, że film był słaby, przypominam o Daredevilu i Zielonej Latarni.

Tagi: Justice League – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów