Były czasy, że czytałam kryminał za kryminałem. Moja biblioteczka wyglądała tak, jakbym przygotowywała się do jakiegoś idealnie zaplanowanego morderstwa. A potem wyłapałam schemat, według którego większość pisarzy tworzy swoje mroczne dzieła. Nie ma się co oszukiwać, po prostu przestały mnie intrygować i stały się nudne. Przerzuciłam się na biografie – tam zawsze się coś dzieje. Ale po kryminały sięgam, szczególnie takie, które już „po okładce” sprawiają, że mam gęsią skórkę i przebieram nerwowo nogami.
Wiktor Mrok – Czerwony parasol – recenzja
Dziś będzie o historii Tatiany, której rodzina zostaje brutalnie zamordowana. Takie wydarzenia w zamożnych dzielnicach nie są codziennością, a pozostawiona z tym piekłem nastolatka o dziwo zaczyna sobie świetnie dawać radę. W sekundę musi dorosnąć. Zadanie musi zostać wykonane. Instynkt przetrwania jest zabójczo silny.
Wiktor Mrok oddał nam kawał niezłego kryminału, którego fabułę osadził w Moskwie, co już samo w sobie jest strzałem w dziesiątkę. Nie wiem czy to tylko ja tak mam, ale miasto to kojarzy mi się z miejscem szalenie tajemniczym, w którym zło czai się nie tylko w nocy. Miasto z innym kręgosłupem moralnym, ze specyficznymi zasadami, prawami. Do tego mamy tu mocny wątek szpiegowski, podlany polityką i historią, z dobrym, ciętym dowcipem. Poza tym, mamy tu ciekawy motyw, bowiem główną bohaterką jest nastolatka. To trochę kołuje.
Bardzo fajna pozycja, szczególnie dla fanów kryminałów nieoczywistych. Mógłby z tego powstać fajny film!

