ONA:
Strasznie podoba mi się to, w jaki sposób Maciej Frączyk, czyli popularny Niekryty Krytyk, prowadzi swoją karierą. On jest przykładem na to, jak świetnie można pokierować swoją ścieżką zawodową, a przy tym ciągle się rozwijać, ciągle odkrywać swoje nowe umiejętności i – co najważniejsze – robić to, co się lubi.
Za każdym razem, a wierzcie mi – pracując jako pedagog mam takich rozmów wiele – gdy mój wychowanek przychodzi do mnie „po radę”, bo on nie wie co ze sobą zrobić, a tu gimbaza się kończy i przychodzi czas wyborów, mówię to samo „A co lubisz robić?”. Okej, czasami pojawiają się odpowiedzi typu „Spać”, ale nawet na lekceważące „Grać w CSa” jestem w stanie puścić odpowiednią ripostę. „Lubić grać w gry, tak? To może produkcja? Grafika? Muzyka? Może zacznij o tym pisać? Rób kanał na YT?. Oczywiście po drodze będzie trzeba zmierzyć się z masą bzdur – ja np. na mojej pedagogice przerabiałam przedmiot, który nazywał się „Elementy socjo- i pragmalingwistyki” i do dziś, a minęło już wiele lat, nie wiem o co w nim chodziło. Ale jedno wiem – musiałam stanąć przed całą grupą i przed statecznym profesorkiem, którego bałyśmy się wszystkie, i wygłosić wykład na temat nazywania części intymnych w studenckim slangu. Chyba jednak czegoś mnie to nauczyło i nie chodzi mi o to, że 3% ankietowanych swojego małego kolegę nazywa „trzecią nogą”. Dlaczego o tym wszystkim piszę? To proste: takie osoby jak Maciek mogą być inspiracją. I nie chodzi tu o budowanie mu jakiś pomników i malowanie laurek, tylko o to, że jak się czegoś chce, to tak naprawdę niewiele stoi na przeszkodzie, by to osiągnąć. Potrzeba wytrwałości, pomysłu, a jak nie wpuszczą drzwiami, to jeszcze są okna… I kiedy ten mój gimbazjon przychodzi „po radę” nie mówię mu „Zostań Frączykiem”, ale „Zainspiruj się Frączykiem”.
Dobrze mi się te jego książki czyta. I strasznie zazdroszczę Maćkowi, że może w tak bezpośredni i niepoprawny sposób przelewać swoje myśli na papier. Bo jest mnóstwo osób, które myślą tak jak on, tylko się boją, czy tam wstydzą by je tak zwerbalizować. On nie przebiera w słowach bo nie musi. Pokochaliśmy tę niewyparzoną gębę z dupą na brodzie właśnie za to. Jest ironiczny i sarkastyczny, ale to, co pisze, co widzi, co obserwuje, sprawia, że łapiemy się na myśli – kurde, coś w tym jest. I to już nawet nie chodzi o to, że mam równie zwyrolski humor i żarty o opiekunkach dla wyskrobanych dzieci doprowadzają mnie do zadyszki z rżenia, tylko o to, że we Frączyku poza rubasznymi żartami, jest bardzo fajny sposób patrzenia na świat i analizowania go (napisałam anal – widzisz to Maciek?), ale też w dowcipny sposób opowiadania o nim. Bo przecież na tym polega stand-up, satyra, komizm.
Maćkowi życzę płodności twórczej, a sobie więcej wieczorów kiedy to mój śmiech budzi gorszą połowę, który mamrocze pod nosem „Zostaw tego Frączyka i idź spać!”. „Na południe od nieba” trzyma poziom, jest jak zwykle świetnie wydaną pozycją, którą się czyta na raz. Ew. można rozkładać sobie przyjemność, chociaż jest to ciężkie. Porównywałabym do zjedzenia czekolady, bo ponoć są na świecie osoby, które tabliczkę mają na tydzień.
