ON:

Seth Rogen to dla mnie koleś, który ma pecha. Dlaczego? Bo będąc śmiesznym aktorem, gra w komediach, które z jakiegoś to powodu są mało śmieszne. Chociaż może źle to napisałem: te komedie są śmieszne, ale przegrywają z prawdziwymi komediami. Niestety, w „Sąsiadach” mamy tę samą sytuację. Poza kilkoma naprawdę dobrymi scenami – wieje nudą. Dodatkowo „Sąsiedzi” są kinem tak bardzo parentingowym, że aż szkoda gadać. Z drugiej strony uzmysławia on nieopierzonym, przyszłym rodzicom, jak dużo tracą, gdy zdecydują się na dzieciaka. 

Mac i Kelly Radnerowie są szczęśliwymi rodzicami maleńkiej dziewczynki. Ich “szczęście” zaczyna się od seksu na wiewiórkę, a kończy na nieprzespanych nocach i imprezach, które nigdy już się nie odbędą. Cały świat to dziecko i nic tego nie zmieni. Ja, zwykły śmiertelnik, nie zrozumiem tego zachwytu różowiutkim ludzikiem, który kiedyś będzie pracował na moją emeryturę. Ale ja, to ja.  Ważne, że oni są szczęśliwi. Całą kasę władowali w dom, w którym teraz mieszkają, ale to nic, bowiem miejsce wydaje się bajecznym do wychowywania dziecka.

Sielanka kończy się dość szybko, gdy do domu obok wprowadza się „bractwo”, wiecie takie amerykańskie w stylu: „alfa, beta, gama, delta”. Ich przybycie nie wróży nic dobrego. Takie bractwo to tylko kłopoty: imprezy, alkohol, narkotyki i sex. Podczas pierwszej wspólnej nocy „dom w dom”, jest tak głośno, że rodzice muszą iść interweniować do Teddy’ego Sandersa, który jest głową grupy. Chłopak przyrzeka, że się poprawią i zamyka drzwi do domu. Chwilę później stare zgredy już palą trawkę i wpitalają grzybki z wszechobecną młodzieżą. Tak mija ta noc. Wino, kobiety i śpiew, a może wóda, narkotyki i sex? Niestety, kolejnej nocy impreza się powtarza i pomimo licznych próśb, nikt ze studentów nie przycisza muzy. Radnerowie postanawiają więc zadzwonić na policję. Takiej zniewagi bractwo nie odpuszcza. Zaczyna się sąsiedzka wojna.

Trzeba przyznać, że pomysłów na wspólne uprzykrzenie sobie życia obie strony mają mnóstwo. Jednak część z nich jest po prostu przeciętna. Podobały mi się poduszki powietrzne, które stały się bronią bliskiego rażenia.  Poza tym było jeszcze kilka drobiazgów. Po seansie byłem trochę zawiedziony, bowiem jak w większości przypadków kinowy trailer zawierał większość najlepszych momentów z filmu. Tak czy inaczej film może się spodobać fanom chamskich komedii.

ONA:

Właściwie mam dwie drogi, dwa pomysły na dzisiejszy wpis. Albo polecę totalną szyderą, robiąc jakąś nędzną gównoburzę, albo – wspinając się na wyżyny swojej zajebistości, przyjmę z pokorą, że skoro ja mogę mieć taki, a nie inny plan na życie, to innym ludziom też to prawo przysługuje. No, zobaczymy co z tego wyjdzie…

Bohaterowie z komedii dojrzewają. Najpierw są uroczymi nastolatkami, potem idą do liceów, czy tam na inne na studia, gdzie po raz pierwszy widzą kobiety nie w formacie .jpg, tam też poznają smak przygody, alkoholu. Może pojawią się jakieś większe lub mniejsze problemy, może nie. Może poznają „tę jedyną”, której po czasie wepchną na palec pierścionek warty równowartość 3 wypłat. Potem jest kawalerski i ślub. Zanim ci bohaterowie się obejrzą, kupują z żoną domek, dorabiają się pierwszego, drugiego i kolejnego dziecka. I tyle. Naturalna, chociaż biorąc pod uwagę moje prywatne wybory powinnam napisać „zwykła” kolej rzeczy. Scenarzyści dwoją się i troją, by bohaterowie, z którymi „dojrzewamy”, przechodzili mniej więcej przez to, przez co przechodzimy my, widzowie. No tak. Tylko teraz okazuje się, że moi ulubieni aktorzy komediowi grają w produkcjach bardzo mocno parentingowych, co nie do końca mi się podoba…

Tym razem poznajemy rodzinę Radnerów: Maca (Seth Rogen), Kelly (Rose Byrne) i owoc ich lędźwi, małą córeczkę. Małżeństwo właśnie wprowadziło się do nowego domu. Są przeszczęśliwi, że jakimś cudem zgromadzili kasę i teraz mogą cieszyć się własnymi kątami i spokojem przedmieścia. No ale nie trwało to zbyt długo, bowiem dosłownie obok chwilę po nich wprowadziło się bractwo. Bractwo. Browary, Ruchanie, Alkoholowanie, Chlanie, Towary, Wódka, Orgie. Radnerowie, którzy przecież niedawno pokończyli studia i dopiero co zaczęli być „dorośli”, nie chcą wyjść na ogórów, ale nie chcą też, żeby studenciaki nie dawali im spać… Postanawiają zaprzyjaźnić się, ale i postawić wyraźne granice. Pierwsza wspólna impreza wystarczyła, by jakaś tam forma sympatii między sąsiadami się narodziła. Chłopcy z Delta Psi Beta, pod dowództwem Teddy’ego Sandersa (Zac Efron) i Mac z Kelly zawarli „kumpelski układ”. Ale oczywiście nie minęło wiele czasu, by wkurzeni Radnerowie, którym impreza za płotem nie dawała spać, zadzwonili na policję… I wtedy się zaczęło. Wtedy rozpoczęła się istna wojna. Studenciaki próbowali ich złamać, ale małżonkowie nie dali się. Za to za wszelką cenę chcieli wykurzyć młodych z domu obok…

No cóż, komedią to może i było, ale taką dość gorzkawą, szczególnie, gdy dałam sobie sprawę, ja jestem w przedziale wiekowym Maca i Kelly, a mentalnie – w bractwie Delta Psi Beta. Taki trochę konflikt interesów i sumienia. Owszem, zaśmiałam się kilka razy i raczej oceniam film całkiem dobrze, tylko ta fabuła mnie nieco męczyła. Chyba za bardzo obnażyła różnice pomiędzy beztroską a obowiazkami, spontanicznością a planem, marzeniami a oczekiwaniami. Tu młodość jest naiwna, a dorosłość przejawia się w postaci przepełnionych mlekiem piersi młodej mamy, którą trzeba – dosłownie – wydoić.

Obejrzeć można. Seth Rogen jest jak zwykle najmocniejszym ogniwem i trochę może stracił pazura na rzecz „tatusiowości”, ale mam ciągle nadzieję, że do reszty go nie porzuci…