ONA:

Michael Bay to jeden z nielicznych twórców, o których mogę powiedzieć „Widziałam wszystkie jego filmy”. Fakt, nie ma ich zbyt wiele, niemniej uwielbiam je wszystkie. Od śmiechowych „Bad boysów”, przez „Armageddon” i „Pearl Harbor” (z genialną oprawą muzyczną), „Transformesów” – słowem: WSIO! No okej, z jednym, małym wyjątkiem i nie mam tu na myśli „Playboy Video Centerfold”, a „Wyspę” z 2005 roku.

Wiem, że oglądałam ten film mniej więcej do połowy, a potem coś dziwnego się stało, że przerwałam i gdyby nie rekomendacje kilku znajomych, którzy szturmem krzyknęli za pomocą Twittera: „AAA!!! Wyspa na TVN!”, to pewnie jeszcze jakiś czas bym o tej produkcji nawet nie pamiętała. Kajam się, bo to naprawdę świetne kino, chociaż sam początek jest wybitnie nie bayowski. Wszystko dzieje się w niedalekiej przyszłości. Mamy jakiś ultranowoczesny budynek, w którym mieszkają ludzie. Żyją sobie w swojej zamkniętej enklawie niby normalnie, pomijając odgórne sterowanie wszystkim i wszystkimi. Co się okazuje – świat stanął w obliczu ogromnego skażenia i dzień w dzień funkcjonariusze odnajdują nowych „rozbitków”, którym dają dom. Z zewnątrz to wszystko bardziej przypomina fabrykę, niż społeczeństwo, ale hej – nad ludźmi trzeba umieć panować. Naszym głównym bohaterem jest Lincoln Sześć-Echo (Ewan McGregor), który żyje tam już 3 lata. Nie pamięta za wiele ze swojego poprzedniego życia, a w nowym jakoś tam funkcjonuje, ale coraz więcej rzeczy zaczyna go nurtować. Zadaje kłopotliwe pytania, a jego ciekawość jest wręcz niezwyciężona. Podstawowymi zasadami, panującymi w tym miejscu jest zdrowie, kondycja fizyczna, dobra praca, zero bliskości i czułości i szansa na los zbawienia, którym jest bilet na tajemniczą „Wyspę”, która jest jedynym nieskażonym miejscem na Ziemi i chyba nie muszę wspominać o tym, że wszyscy marzą, by tam się dostać… Tymczasem prawda jest taka, że z miejsca urywa nam głowę, a bebeszki wywraca na drugą stronę. Oczywiście, Lincoln dowiaduje się czym tak de facto owa „fabryka” jest i za wszelką cenę próbuje wydostać się z niej, ratując przy okazji swoją zaokrągloną tam gdzie trzeba koleżankę, przy której ma problem w powściągliwością, czyli  Jordan Dwa-Delta (Scarlett Johansson).

To, co wyróżnia w sposób niemożliwy „Wyspę” spośród innych filmów Wielkiego Bay’a to to, że początek jest bardzo spokojny. Szczerze powiedziawszy – nie byłam ani trochę zaskoczona, wręcz zahaczałam o znudzenie. A to przecież Michael Bay!!! Gdzie te wybuchy, pościgi, cierpki humor i jedno, wielkie JEBUT, które tak bardzo ukochuję? Podejrzewam, że to dlatego porzuciłam jakiś czas temu ten film. Ale teraz – obejrzałam do końca, sikając jednocześnie pod siebie mniej więcej od połowy. Panie i panowie, reżyser wprowadził mnie w gargantuiczny błąd i uspawszy nieco moją czujność, potem zaserwował solidną jazdę bez trzymanki, z kilkoma takimi zwrotami akcji, że miałam problem by prawidłowo podać swoje imię. „Wyspa” jest świetnym filmem, które jest nie tylko genialnie wyreżyserowane i zmontowane, ze kapitalnym dźwiękiem i efektami, ale to przede wszystkim produkcja rewelacyjnie zagrana. Poza głównymi bohaterami, mamy jeszcze Djimona Honsou, którego postać finalnie bardzo zaskakuje, Seana Beana w typowej dla siebie roli zimnego skurwiela, mamy Steve’a Buscemiego, który przypomina mi mopsa i który jak zawsze nie zawodzi. Jest dynamicznie, dowcipnie i spektakularnie, czyli tak, jak ma być, w nieco innej „stylistyce”.

Dla fanów – pozycja obowiązkowa.

ON:

Tak, jestem uzależniony od kina Michaela Baya. Uwielbiam sposób jego opowiadania historii i kocham to,  że wszystko da się wysadzić w powietrze. Na chwilę obecną widzieliśmy z Pauliną wszystkie filmy tego reżysera i naprawdę bardzo dobrze bawiliśmy się przy każdym z nich. Bay to światowa marka, której jestem wielkim fanem. Zdarzyło się tak, że Papi nie widziała jeszcze „Wyspy” filmu z 2005 roku, który także pochodzi ze stajni Michaela.

Tym razem mamy do czynienia z kinem science-fiction. W 2019 roku, po ogromnym kataklizmie, a może wojnie, Ziemia jest skażona, a niedobitki ludzkości mieszkają w podziemnym kompleksie, w którym życie płynie swoim własnym tempem. Gdzieś na planecie jest miejsce, gdzie można spokojnie żyć i nie trzeba siedzieć w schronie. To tytułowa „Wyspa”. W tej nowoczesnej podziemnej utopii, gdzie wszyscy noszą identyczne ubrania, spędzają podobnie czas, a każdy krok jest monitorowany przez zarządzających placówką, mieszka Lincoln Sześć-Echo. Mężczyzna codziennie ćwiczy, pracuje i spotyka się z innymi, podobnymi mu jednostaki. Jest jedna rzecz, jaka odróżnia go od innych: facet miewa koszmary. Jego dolegliwości są czymś, co niepokoi doktora Bernarda Merricka. To facet trzymający w ryzach cały podziemny kompleks, a jego pracownicy pilnują, aby żadna z osób nie łamała zasad bezpieczeństwa. Wiele rzeczy, jakie były dostępne i powszechne na powierzchni, tutaj, na dole są zabronione. Jedną z nich jest seks. Wszystko dlatego, aby nie przeludnić i tak przepełnionego bunkra. Raz na jakiś czas pojawia się jednak możliwość ucieczki od tego nudnego wegetowania. Wspaniałomyślny „rząd” losuje jedną osobę, która będzie mogła opuścić bunkier i zamieszka na wyspie. Raz na jakiś czas pojawia się także ktoś nowy, a spowodowane jest to tym, że służby specjalne znajdują tych, którym udało się przetrwać kataklizm.  Towarzyszką Lincolna Sześć-Echo jest Jordan Delta-Dwa, dziewczyną będącą jego bardzo bliską przyjaciółką. Tak oto wszyscy żyją sobie spokojnie w tym dziwnym, lecz w miarę spokojnym świecie. Każdy czeka na swoją chwilę, na losowanie, na wyjazd na wyspę. Nadchodzi jednak taki dzień, kiedy szczęście uśmiecha się do Jordan i maszyna losująca wytypowała ją do wyjazdu na. W tym momencie należy przerwać opisywanie fabuły, gdyż zdradzanie jakichkolwiek jej elementów może zepsuć całą zabawę podczas seansu.

„Wyspa” jest filmem innym niż reszta, jakie wyszły spod rąk Michaela Baya. To przez to, że mamy do czynienia z sci-fi, które pojawiło się tylko w innej jego produkcji, a mianowicie w “Transformerach”. Tyle, że „The Island” bliżej do „Raportu mniejszości”, niż do obrazu o ogromnych robotach. Nie jest to najlepszy film reżysera „The Rock”, ale ogląda się go bardzo przyjemnie.