ONA:
Nie należę do grona artystów, nigdy nie należałam i nigdy nie będę należeć. Próbowałam wyżyć się na sztalugach, próbowałam coś tam popisać, ale zawsze wychodziły mi „sensacyjne erotyki”. Kiedyś bardzo dużo fotografowałam, właściwie nie rozstawałam się z aparatem. Dziś – no cóż, mam ajfona, który zastępuje mi lustrzankę w codziennym życiu i spontanicznym robieniu zdjęć. Niemniej proces twórczy zawsze szalenie mnie interesował. Jak to jest, że np. Klimt wyobraził sobie takie, a nie inne kolory. Że Lennon takie, a nie inne dźwięki złożył w całość. Że King w taki, a nie inny sposób wymyślił sobie daną historię. I jakiś czas temu wpadłam na książkę, przez którą po raz kolejny pomyślałam „Kto to wymyślił?!”, ale niestety, nie miało to nic wspólnego z uczuciem zazdrości i szacunku. Jestem zdania, że do pewnych osób z historii nie powinno się wracać, bo nie zasłużyły one na to. Jedną z takich jednostek jest A. Hitler, na którego „nadziałam” się przeglądając powieść Timura Vermesa pt. „On wrócił”.
W księgarni „przeleciałam” tę pozycję pobieżnie, skupiając się na kilku rozdziałach. Nie, absolutnie nie. Nie chcę tego czytać, nie chcę wydawać na tę książkę pieniędzy. Po co ona powstała? I czemu jest napisana tak, a nie inaczej? Odłożyłam ją, a moje oburzenie sięgało zenitu. I wydawać by się mogło, że już nigdy nie będzie na mojej drodze. A jednak. Przy okazji audiobooka „50 twarzy Grey’a” wypowiedziałam się bardzo negatywnie o tym, jak Koroniewska go przeczytała. Po prostu beznadziejnie. Ja rozumiem, że to nie jest wyjątkowa literatura, ale hej – Olbrychski zrobiłby więcej swoim głosem, niż pani. K bezsensownymi pauzami i intonacją z przypadku. „Nie umiem w audiobooki” – zakomunikowałam znajomemu. „Albo mnie nudzą, albo wyłączam głowę i już nikogo nie słucham. W aucie – olewam. W łóżku – zasypiam.” A on, mając dużo większe doświadczenie w tym temacie, bez słowa zrobił mi prezent. I tak dostałam „On wróci” w wersji czytanej. I teraz już wiem, że zaangażowanie w lekturę zależy wyłącznie od lektora. W tym wypadku – Jarosław Boberek, który swoją pracę wykonał po mistrzowsku. I tak oto, mimo konkretnego zapewniania, że po kontrowersyjne dzieło Vermesa nie sięgnę, ono dopadło mnie.
Hitler wrócił. Właściwie nie wrócił, tylko obudził się w naszych czasach. Próbując połatać resztki pamięci, starał się przeanalizować wszystko, by wreszcie zdać sobie sprawę, że jego „sen” trwał ponad 6 dekad, a miejsce, w którym się obudził, nie jest już frontem wojennym, tylko miastem, które o wojnie pamięta, owszem, ale nie ma z nią już wiele wspólnego… Jak to się stało? Jak to możliwe? Pytań, które można zadać, jest mnóstwo. Odpowiedzi… Cóż, żadna nie będzie miała zbyt wiele sensu… Narrator stara się poskładać to wszystko w całość. Nie ma tu niczego, co on zbudował. Nie ma Rzeszy, nie ma wojska, nie ma politycznych i propagandowych gazet, nie ma nawet marki, a głową państwa jest kobieta. Młodzi chłopcy nie siedzą w okopach, tylko grają w nogę. Na ulicach nie ma automobili, tylko nowoczesne samochody. Nawet słodycze są jakieś inne…
Wydawać by się mogło, że to będzie świetna książka, z nieco oklepanym pomysłem, bo takich skoków czasowych, zarówno w literaturze, jak i w filmie było już mnóstwo. Tym razem w roli głównej osadzona jest jedna z największych szumowin, jaką kiedykolwiek nosił świat. I co? I w pewnym momencie mi zaczęło go być żal. Tak po prostu. Tak samo, jak „martwiłam” się o Marty’ego w „BTTF”. Nowy-stary świat, nowa rzeczywistość i dostosuj się tu człowieku, jak nie rozumiesz niczego. Poza tym, narrator, bo naprawdę nie chcę za każdym razem pisać „Adolf Hitler” – bardzo mocno rozprawia się tu z tym, co się po prawie 70 latach zmieniło, co zostało. Czy ludzie mają jeszcze jakieś ideały? Czy myślą wyłącznie o dupie Maryni i wzbogacaniu się? Czy jest honor? Szacunek?
Takie normalne, zwykłe uczucia mi się włączyły. Dokładnie takie same, jak widzę, gdy dzieciakowi wpada lizak do błota. Albo jak pada deszcz i gdzieś tam krąży mały psiak, totalnie mokry i wystraszony. Albo gdy babulinka nie potrafi przejść przez drogę, bo auta jeżdżą jak szalone. Pierwsze „Ech” zrobiłam, gdy narrator wyznał, że nie ma nikogo – no tak, wszyscy bliscy i przyjaciele zabili się w bunkrze, albo zadyndali po procesie norymberskim. Po tym „echu” za wszelką cenę starałam się trzymać fason, ale przy sposobie czytania przez lektora – było ciężko. I właśnie dlatego oceniam tę książkę bardzo negatywnie. Bo budzi ona emocje, których do tej konkretnej osoby – mieć nie powinniśmy. Uważam, że stoi na półce z innymi, niepotrzebnymi książkami. I do tego wszystkiego odkopuje tak nędzną kreaturę, dorabiając do tego jakąś dziwną, współczująco-empatyczną ideologię.
