ONA:
Zanim przystąpię do spłodzenia dzisiejszego wpisu – ostrzegam – będzie kpiąco. Ale po kolei.
Zacznę od tego, że z moimi dzieciakami potrafimy godzinami opowiadać o filmach. W wakacje leżeliśmy na kocu przed świetlicą, nabieraliśmy kolorytu, a ja przez ponad 1,5 godziny streszczałam im „Gwiezdne wojny”. Moje wrzodki z kolei poczęstowały mnie recenzjami filmów typu „Droga bez powrotu”. I wśród tego grona mam takiego Patryka. Średnio za sobą przepadamy, ot – akceptujemy siebie, ale bez rewelacji. I o dziwo Patryk ma praktycznie taki sam gust filmowy jak ja. Lubimy wybuchy, pościgi, durny humor. I do pewnego momentu „ufałam” jego sugestiom „Co obejrzeć” – ma 16 lat, jest bardziej w temacie niż ja. Ufałam… Bo polecił mi niedawno film, za który powinnam skazać go na wieczną banicję. Nie wiem gdzie popełniłam błąd wychowawczy… Nie wiem…
Są jeszcze rzeczy na tym świecie, które mnie dziwią. Nie rozumiem zabijania się nawzajem w imię jakiś skretyniałych idei. Nie rozumiem dlaczego muszę płacić tyle podatków, a rząd mnie dyma bez mydła w otwory, które niekoniecznie mi pasują. Nie rozumiem dlaczego najpierw połowę życia marzyłam o dorosłości, a gdy w nią wpadłam (nagle i boleśnie), zaczęło brakować mi gimnazjalnej beztroski. Nie rozumiem też czemu z polskich sklepów zniknął krem na kanapki „Snickers”, który Nutellę bił na głowę oraz „Magic Stars”, które ponoć są do zdobycia, ale nie jest to aż tak proste… I dochodząc w końcu do meritum – nie rozumiem dlaczego tak okropne gnioty, jak np. „Pacific Rim” sprzedawane są widzom jako produkcje „Och i ach”, które trzeba zobaczyć, bo jak nie, to będzie się chujem. Nie rozumiem.
Tak, dziś będzie o „Pacific Rim”, czyli o filmie, który trwa 2 godziny i 11 minut, i który podczas tego czasu nie ma ANI JEDNEJ fajnej chwili, ANI JEDNEGO fajnego momentu. To gniot. To gniot straszny, bo jest jednocześnie produkcją, która dla fanów tego typu kina może być jak kop z glana prosto w twarz. Czuję się oszukana, jestem zawiedziona, a straconego czasu nic nie odda (moja wścieklizna podczas seansu skończyła się tragicznie – ucierpiał jeden pedał*). Guillermo del Toro wymyślił sobie nakręcenie filmu, który jawnie bazuje na kilku innych – dodam: O WIELE LEPSZYCH – i sprzedanie go operując wyłącznie na „nadziei”. „Pacific Rim” to przede wszystkim „Transformersy”, ale bez grama humoru i perfekcyjności. To też trochę z „Godzilli” – tylko, że te jaszczuro-potwory są żałosne, a nie straszne. Nie trzeba być jakimś wyjątkowym fachowcem, żeby dopatrzyć się nawiązań do przygód Iron Mana, tego, co działo się w filmie „Cloverfield”, czy nawet rozpaczliwego „Battleship”. Na Teutatesa – tu nawet są sceny rodem z „Obcego”, ale tak tragiczne są te nawiązania, tak oczywiste i bezczelne, że nie da się tego oglądać bez poczucia ogromnej irytacji. Wyjątkowo nie będę pisać o fabule – bo jeszcze Was to zachęci… Powiem tylko tyle, że główny bohater wygląda jak Heath Ledger (a wiadomo jak on marnie skończył…), a na końcu czeka nas słodki happy end (i ginie murzyn – jakkolwiek rasistowsko to nie zabrzmi…).
Tandeta, kiepskość, marność i śmierć z niedożywienia. Łza z oka nie osoli zimnioka.
*) Rowerowy, ofkors.
ON:
Po „Pacific Rim” nie spodziewałem się za wiele, ale nie ukrywam – trochę ciekawiła mnie ta produkcji. W końcu jestem facetem, a co za tym idzie potwory i roboty mam we krwi. W kinach trailer puszczany przed innymi filmami wyglądał bardzo widowiskowo, a kilka osób porównało go do Transformersów. Nadszedł czas, aby ostrzec Was przed dziełem, którego nie należy oglądać jeśli ma się więcej niż 12 lat.
Niedaleka przyszłość. Terror nie nadszedł z gwiazd, ale z głębin, jak w kultowym “X-COM: Terror from the deep”. Gdzieś w głębi Oceanu Spokojnego otwiera się portal, przejście do innego świata. Pojawia się pierwszy Kaiju – ogromna bestia. Dość szybko okazało się, że stwór nie ma pokojowych zamiarów. W ten sposób zaczęła się trwająca latami inwazja. Stwory przybywały pojedynczo raz na kilka, kilkanaście dni. Walka z nimi stała się możliwa tylko dzięki połączeniu sił wielu państw. Powstał projekt “Jeager”. Zbudowano ogromne roboty, napędzane energią atomową, każdy z nich kierowany był przez dwóch pilotów – osoby połączone ze sobą mentalnie poprzez drift. Ta dwójka, ubrana w specjalne kombinezony, wspólnie może kontrolować wielotonowego kolosa. Wojna trwa. Jedną z osób pilotujących mechy jest Raleigh Becket. Poznajemy go podczas kolejnej akcji, na którą wyrusza wraz ze swoim bratem. Tym razem dostają jednak sromotny wpierdol, a braciszek kończy w paszczy stwora. Dla naszego bohatera wojna się skończyła.
Mija ponad 5 lat. Raleigh stara się leczyć rany, pracując przy budowie ogromnego muru, ściany życia, która ma oddzielić ludzkość od atakujących stworów. Projekt był tak świetny, że postanowiono przestać finansować Jeagera i skupić się tylko na stalowo-betonowym kolosie. Pojawienie się kolejnego potwora zweryfikowało jednak plany rządzących, bowiem niezniszczalna ściana padła pod naporem bestii. W ten oto sposób roboty ponownie wróciły do łask.
Aby kierować maszyną trzeba odpowiedniej osoby, a po co szkolić nowych rekrutów jeśli mamy starych i sprawdzonych? Stacker Pentecost były przełożony Backeta odnajduje go na końcu świata i sprowadza z powrotem do ekipy. Tym razem jego co-pilotem będzie kobieta – Mako Mori. Jednak wspólne, testowe połączenie z robotem pokazuje, że z powodu swoich wspomnień nie jest w stanie w normalny sposób pilotować maszyny. Podczas ostatniej walki ta dwójka zostaje w bazie. Gdy jednak wszyscy inni dostają wpierdziel, na ich barkach spocznie ratowanie świata.
Guillermo del Toro stworzył dzieło, które miało zapchać wakacyjną dziurę w kinach. Udało mu się to na pewno, bo ten film z ogromną radością i wielkim opadem szczęki obejrzał każdy pryszczaty nastolatek w USA. Dla dorosłego widza film jest nudny jak flaki z olejem. Brak tu tego wszystkiego, co jest tak dobre w Transformersach. Te drobne elementy, które pojawiły się w filmach Bay’a powodują to, że obraz pełen robotów ogląda się wyjątkowo dobrze. W „Pacific Rim” brak wyraźnie zarysowanych postaci, a niektóre sceny są wepchnięte zupełnie na siłę. Szkoda czasu.
