ONA:
Mówcie sobie co chcecie, ale Sandra Bullock jest aktorką stworzoną do bawienia widza. Zdecydowanie wolę ją w komediach, niż w kinie bardziej obyczajowym. Dlaczego? Bo nawet gdy gra w dramacie i ja o tym wiem – liczę, że zaraz coś śmiesznego się stanie. Sandro, jeśli to czytasz – zostań przy komediach!!!
Jeśli zaś chodzi o Melissę McCarthy, to nie jestem w stanie jej wytrzymać na dłużej niż 5 minut. Po „Złodzieju tożsamości” mam wręcz wstręt.
A co łączy obie te panie?
Zwykle w filmach o złych przestępcach i dobrych gliniarzach, którzy chcą ich złapać – mamy w rolach głównych facetów. Nie żebym narzekała. Ale gdy zobaczyłam trailer do „Gorącego towaru”, w którym obie panie ze wstępu występują, zapragnęłam zobaczyć to dzieło, bo spłakałam się ze śmiechu już na samej zapowiedzi… W końcu się udało i powiem tak – nie żałuję ani sekundy! „Gorący towar” to komedia, która wyrwie Was z butków i przy której będziecie autentycznie, szczerze i bez zahamowań RŻEĆ.
Agentka Sara Ashburn (Bullock) w swoim poprawnym politycznie żakiecie zajmuje się pewną śmierdzącą sprawą. Babeczka jest ambitna i postawiła wszystko na karierę. W jej życiu nie ma nikogo – jest za to szansa na awans. W swojej pracy zachowuje maksymalną powściągliwość, sztywno trzyma się regulaminu, ale jest dobra – cholernie dobra. Ma intuicję, potrafi ekspresowo rozłożyć na łopatki całą sprawę i bez mrugnięcia okiem zakuć kogo trzeba. Gdzieś nieco dalej w komisariacie policji pracuje detektyw Shannon Mullins (McCarthy), która z agentką Ashbourn ma niezbyt wiele wspólnego – zaczynając od kultury języka, skończywszy na aparycji. Ale to, co obie panie łączy – to skuteczność. I pech chciał, że te dwie, totalnie różne osobowości, muszą ze sobą zacząć współpracować dla dobra sprawy, którą się zajmują. Jest komicznie – nie ma innej opcji.
Uwielbiam takie komedie. Uwielbiam gdy jest chamsko i wulgarnie (a taka jest Mullins), ja nie muszę zbyt wiele myśleć i mogę oddać się beztroskiemu brechtowi. To nie jest film, który jest poprawny i który nam zmiażdży głowy głębią. Nie. Ten film ma banalną konstrukcję – nawet bez oglądania można z góry założyć jak się skończy – i nie pomylicie się ani trochę, nie ma w nim żadnego zaskoczenia, żadnej tajemnicy, a najlepsze jest to, że on wcale tego nie potrzebuje. Jest idealną opcją na słaby wieczór lub pod jakąś imprezę. Jest jednocześnie czekoladą i lodami (z zerową wartością kaloryczną)…
ON:
Dobra komedia sensacyjne jest jak pyszne ciastko z kremem, smakuje zawsze i w każdej sytuacji. Za to kocham „Tango & Cash”, „Fletch” czy „Szpiegów takich jak my”. To filmy, które nawet po latach potrafią rozśmieszyć. Do tego grona dołączył właśnie fenomenalny „The Heat”.
Nie należy tego tytuły mylić z „Heat” Michaela Manna. To zupełnie inne filmy. „Gorący towar”, bo tak w Polsce został przetłumaczony tytuł, wraca do korzeni klasycznego kina akcji, gdzie największym plusem są dwaj cholernie różni partnerzy. To było we wspomnianym „Tango & Cash” oraz w „48 godzinach”. Tyle, że tym razem zamiast naładowanego testosteronem dzieła, mamy napchany estrogenami obraz, w którym dwie zupełnie inne od siebie policjantki muszą razem współpracować, aby dopaść bezwzględnego bossa narkotykowego.
Na początku poznajemy obie bohaterki. Z jednej strony odpacykowana, pracująca na procedurach i pewna siebie agentka Sara Ashburn (Bullock), która zostaje wysłana do Bostonu w celu rozpracowania niejakiego Simona Larkina oraz detektyw Shannon Mullins – można powiedzieć o niej wszystko, ale na pewno nie to, iż brak jej jaj. Nie jeden facet ma malusieńkie jajeczka przy tej wściekłej macicy. Shannon to typ detektywa ulicy. Obdarta, chamska, bez skrupułów. Nie pieprzy się z bandziorami. W grze dobry i zły glina, ona zawsze jest tym złym. Obie panie zmuszone będą ze sobą współpracować, a różnica charakterów tej współpracy nie ułatwia. Scenariusz jest bardzo przewidywalny i szybko zobaczymy jak obie policjantki idą ramię w ramię na akcję. Dwie kobiety tworzą razem mieszankę wybuchową. Shannon co chwila „fucka” na lewo i prawo, nie ma skrupułów, aby wyciągnąć spluwę i pogrozić nią każdej osobie, Sara stara się załatwić wszystko w sposób taki, jaki uczono ją w akademii. Ale okazuje się, że na ulicy pracuje się inaczej, niż przy sprawach seryjnych morderców.
„The Heat” jest naprawdę dobry. Historia toczy się swoim tempem, ale się nie dłuży pomimo tego, że dzieło trwa ponad dwie godziny. Zasługą są gagi, szczególne te słowne i w tej gestii wygrywa Shannon. Wiązanki, którymi nas uraczy, są fenomenalne. Myślę, że nie jeden szewc nie powstydziłby się takiego słownictwa. Praktycznie ta babeczka ciągnie cały film, a Sara jest jej uzupełnieniem. Wszystko jest odpowiednio wyważone i smakuje naprawdę świetnie. “Gorący towar” to hołd dla komedii sensacyjnych lat 80-tych i 90-tych. Hołd bardzo udany. Warto.
