ONA:

Nie wiem dlaczego obejrzałam ten film. To znaczy podejrzewam, że z ciekawości, z powodu Cary albo cholera wie dlaczego jeszcze. Mam książkę, którą kupiłam za jakieś śmieszne pieniądze na wyprzedaży i bardzo chciałam przeczytać ją jako pierwszą, przed ekranizacją, tylko mi to nie wyszło. Najpierw padło na film, który niestety – okazał się gniotkiem. Bardzo mocno gniotkiem.

Życie Quentina (Nat Wolff) odmieniło się w magiczny sposób, gdy do domu obok wprowadziła się Margo (Cara Delevingne). Niestety, ich dziecięca przyjaźń nie przetrwała próby czasu. On bardzo poukładany, ze ściśle określonymi planami na życie, a ona – jak wiatr. Mijali się na korytarzu, ale zupełnie nie patrzyli w te same strony. Ona zawsze czegoś szukała, chciała, próbowała. Była tak tajemnicza, że sama stała się tajemnicą. A on? On ukradkiem zerkał na nią. Zakochany od pierwszego wejrzenia, tylko niestety nie za bardzo potrafił rozprawić się z tym uczuciem. Spokojną noc przerwało nagłe wtargnięcie Margo. Tym razem chłopak postanowił wychylić się nieco poza własną strefę komfortu. Szalona i pełna przygód noc z Margo (bez seksów, nie napalajcie się) uzmysłowiła mu jak ważną osobą jest dla niego ta dziewczyna. Więc właściwie trudno się dziwić, że gdy ona zniknęła, co zresztą miała w modzie, to nasz dzielny Q ruszył na poszukiwania. Towarzyszą mu w tej wyprawie znajomi: dwóch kumpli i dwie dziewczyny. Podróż z Florydy do stanu Nowy Jork, a przy okazji wiele zmian. Zmian, które już nastąpiły i które jeszcze nastąpią…

Filmów o „dojrzewaniu” i tym wszystkim, co temu towarzyszy powstało już tak wiele, że wydawać by się mogło, że już nikt nie jest w stanie wymyślić czegoś nowego. A jednak. One nadal powstają. Stają się coraz durniejsze, coraz bardziej przekombinowane i wyobrażam sobie tę polską nastolatkę, czy nastolatka, którym marzy się wspaniałe życie, a którzy utknęli gdzieś pomiędzy ryciem biologii czy tam innej majzy a tą smętną codziennością. I oni oglądają film, w którym ich rówieśnik rzuca wszystko, pakuje się do auta, zgarnia znajomych i jedzie z Orlando na Florydzie do miasteczka, którego nawet nie ma. Ponad tysiąc mil. Tak po prostu.

Właściwie jedynym plusem w tej historii jest to całe zamieszanie wokół „papierowych miast” – czym są, po co się je tworzy. Tu moja ciągła potrzeba dowiadywania się nowych rzeczy była rozkosznie łechtana. Ale reszta? Dwudziestotrzyletnia dziewczyna, która jest ładna, ok, ale wygląda na więcej, gra nastkę. Nastkę, która najpewniej naczytała się poradników o żabach i która ma gotowy plan na szczęście – oczywiście szalenie alternatywny i jeszcze bardziej pod prąd. Taki coaching w wersji dla gówniarzy. Za to Nat Wolff w roli nastolatka, który sam nie wie czego chce, wypadł świetnie. Ciekawa jestem, czy ten koper pod nosem, to charakteryzacja, czy jeszcze chłopaczek nie zdążył zarosnąć owłosieniem. W kategorii „Irytujący dzieciak na ekranie” tylko młody Anakin Skywalker go bije na głowę. Ale już wiem, że to tylko ta rola mu tak szalenie drażniąco wyszła. W „The Intern” był lepszy.

Podsumowując: kolejny film dla gówniarzy, typowy ckliwy obyczaj „o wartościach”, przy czym tu dominantą jest to, że jak ktoś Ci zrobi fujkę, to musisz się zemścić. Dorosły widz nie musi tego oglądać. Nastki? Też bym nie pokazywała, żeby łatwiej było ich ogarnąć.

ON:

„Papierowe miasta” są filmem, który powstał na bazie bestsellerowej powieści Johna Greena. Książka leży na półce i czeka na swój dzień, pewnie któreś z nas w końcu po nią sięgnie i rozprawi się z tą pozycją. Teraz zabraliśmy się za film, który wielokrotne reklamowany był jako niesamowite dzieło. Po seansie mogę powiedzieć, że „Papierowe miasta” to niesamowite dzieło o niczym, zaś główna bohaterka jest płaska, irytująca i daje swoim rówieśnikom rady rodem z podręcznika komiwojażera.

W Orlando mieszka nastoletni Quentin Jacobsen. Chłopak przeciętny, kumplujący się z dwoma innymi przeciętnymi kolesiami. To ten rodzaj facetów, których zawsze w liceum mijasz na korytarzu i nigdy na nich nie zwracasz uwagi. Nie są ani w grupie najpopularniejszych, ani w grupie tych najbardziej tępionych. Po porostu egzystują oni w szkolnym ekosystemie. Quentin od wielu lat mieszka obok niejakiej Magro Roth Spiegelman, dziewczyny typu wiatr, osoby, którą zawsze nosiło i która nie potrafiła sobie znaleźć miejsca. Jej codzienność była inna niż ta, którą wszyscy znają. Od najmłodszych lat szukała przygód, zrywała się z domu, poznawała świat. Przez pierwsze lata jej młodości udawało się jej wyciągnąć na wojaże Quentina, ale w pewnym momencie chłopak zamknął się w swoim spokojnym świecie i ich drogi z biegiem czasu się rozeszły, aż do pewnej nocy, podczas której dziewczyna dostaje się przez okno do pokoju Jacobsena i wyciąga go na jej dziwną wyprawę. Trwa ona kilka godzin, podczas których Margo rozprawi się ze swoimi „demonami” w postaci zdradzającego ją chłopaka, jego nowej dupy i pseudo przyjaciółki, która podobno o romansie wiedziała. Q, bo tak wołają na chłopaka przyjaciele, luzuje dupę podczas tego wypadu i łapie wspólną nić porozumienia z dawną koleżanką. Po całej akcji każde z nich idzie w swoją stronę, a potem Margo znika.

Dziewczyna po prostu daje nogę. Nie zostawia żadnej wiadomości, nikt nie wie gdzie się podziewa i co robi. Cała sytuacja nie daje spokoju Quentinowi i postanawia on, że odnajdzie Margo, bowiem jest to miłość jego życia. Szczególnie, że jeszcze poprzedniej nocy chłopak upewnił się w przekonaniu, że kocha Margo ponad wszystko.

Nie będę zagłębiał się w szczegóły, jak udaje mu się odnaleźć „uciekinierkę”. Podczas podróży wydarza się kilka mniej lub bardziej spaktakularnych rzeczy. Między innymi jeden z kumpli pierwszy raz bzyka, a drugi umawia się wreszcie na bal maturalny z dziewczyną, której bardzo pragnął. Jednak „to wszystko chuj!”. Gdy już wszyscy dojadą na miejsce okaże się, że „zguby” tam nie ma i trzeba wracać do domu. W końcu cała ekipa wraca do Orlando. Cała, ale poza Quentinem chcącym poszukać Margo. Teraz już mogę Wam napisać kim tak naprawdę jest ta dziewczyna.

To egoistyczna hiena, która z jednej strony robi dużo hałasu wokół siebie, a z drugiej jest płytka i diabelnie samolubna. Znaki, które pozostawiła po sobie, miały na celu „uspokojenie bliskich”, aby wiedzieli, że nic jej nie jest. Jej pitolenie ma tyle samo sensu, co książki o samodoskonaleniu mówiące, że jesteś diamentem. Wszystkie jej teorie i niesamowite hasła motywacyjne zbudowane są z oklepanych frazesów, które stworzone są dla niedojebanych nastolatków myślących, że siedzenie w buszu i struganie Jezusków z bambusu jest sposobem na życie. Nie kurwa, nie jest! Dupa nie myśli co przeżywają jej rodzice, nie zastanawia się, że jakiś chłopak może się w niej zakochać i spróbować ją odnaleźć setki mil od miejsca zamieszkania. Dla niej ważna jest jej wygoda, jej osoba, jej ego. Jak sama mówi o sobie – jest papierową dziewczyną, która potrzebuje papierowego miasta, bo nie dla niej mąż, dzieci, studia i praca.

Niech podsumowaniem jej toku myślenia będzie ten oto cytat:

– W swoim życiu przeczytałem dwie książki…
– Co to było? ‘Poczytaj mi mamo’?
– Jedna z nich to ‘Ojciec Chrzestny’, gdybyś ją przeczytał to wiedziałbyś, że pieniądze to nie wszystko, że nie zdradza się przyjaciół i nie dmucha ich żon, ale niestety ty zapchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych, nie Krzysiu?

Jak dla mnie „Papierowe miasta” to stracony czas, który można wykorzystać w zupełnie inny, bardziej kreatywny sposób.