Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

MUZYKA

Queen – “Innuendo”

ONA:

Jestem jedną z tych osób, które mają bardzo szczelnie zamknięty gust muzyczny. O ile Dawid łyka mniej więcej wszystko, co jest progresywne i rockowe, ja jestem serkiem homogenizowanym. Dla mnie muzycznie istnieje tylko kilka zespołów, trudno tu mówić nawet o sympatii do jakiegoś konkretnego gatunku. Przy czym, potrafię słuchać i kochać zespoły z totalnie odmiennych stron, dajmy na to Black Sabbath i Fun Factory.

Dziś będzie o największej miłości mojego życia. Dziś będzie o zespole Queen i o moim ulubionym albumie, jakim jest „Innuendo”.

 

Dawno temu byłam na jakimś popisowym pokazie psychologicznym, podczas którego pokazano nam jak dojść do najwcześniejszych i pierwszych wspomnień ze swojego życia. Mi coś tam się zaczęło przypominać, ale chyba ćwiczenia zasugerowane przez prowadzących nie były w stanie przebić mojej własnej sklerozy. Ciągle coś krążyło wokół jakiś beżowych budynków i samochodów, ludzi w czarnych ubraniach, popisanych murach i świecach, ustawionych pod nimi. Po jakimś czasie znalazłam na yt fragment z pogrzebu Freddiego. Tak, to było to wspomnienie. Rok 1991, mam całe 5 lat.

Teraz uważam zespół Queen za mój absolutnie umówiony. Ich muzyka jest ze mną codziennie, w domu, w pracy, w samochodzie. Daje mi ukojenie, pobudzenie, sprawia, że chcę. A moim ulubionym albumem tego zespołu jest „Innuendo”. Nie jestem fanem absolutnym, który łyka każdy utwór z rozkoszą. Ale to, co znalazłam na tej płycie, biorę w całości, nawet piosenkę, którą Freddie napisał swojemu kotu.

Nagrywając ten album Mercury stał już nad grobem. Partie wokalne zapisywano w częściach, bo wokalista był bardzo słaby i wycieńczony chorobą. Ale jak sam Brian May powiedział, Freddie zaśpiewał genialnie. Kto wie, czy nie najlepiej w swojej karierze. Może właśnie dlatego, że był świadom końca? Oglądając teledysk do „These are the days of our lives” mam za każdym razem łzy w oczach, ściśnięte gardło, a myśli krążą wokół tych wszystkich, którzy odeszli. W mojej opinii ten kawałek to historia zespołu, każdego z nich osobno i wszystkich razem, jako muzyków, jako osoby zwykłe – we were crazy, we were young, we just lived for fun. A na koniec śpiewa I still love you, uśmiechając się do mnie i do każdej osoby, w ten jego charakterystyczny sposób. Patrzysz na ten błysk w oku i nie przechodzi Ci nawet przez myśl, że koleś umiera. Ba, nie myślisz nawet o tym, że koleś od wielu lat nie żyje.

A „Show must go on”? Czy można lepiej pożegnać się z fanami? Kompilacja tego, co Queen stworzył najlepiej. Genialny wokal, genialne brzmienie i teledysk, będący retrospekcją ich najlepszych lat. Mamy w nim koncerty, klipy, backstage, mamy młodość, siłę i zdrowie. Mamy wykrzyczane show must go on, bo przedstawienie musi trwać dalej, właśnie po to, żeby dziewczyna, która wyssała miłość do tego zespołu z mlekiem mamy, mogła z każdym dźwiękiem mieć gęsią skórkę i ciągle chcieć ich więcej.

Dodajmy do tego genialny, wprost niemożliwie zachwycający teledysk do „Innuendo”. Czterech muzyków przedstawionych jako czterech malarzy z różnych epok. I tekst, nad którym warto się zastanowić. Show yourself – destroy our fears – release your mask… Bałam się tych masek, te 20 lat temu. A dziś znalazłam dla nich fragment ciała.

Polecam przesłuchać ten album w skupieniu, mając świadomość tego, w jakich okolicznościach był tworzony. Zamyka on bowiem twórczość zespołu, a to coś, co nie zdarza się zbyt często. To podziękowanie za wszystkie lata, to wyraz szacunku dla każdego fana. To też pożegnanie fanów z zespołem, zespołu z Mercurym, a Mercurego z życiem.

Na koniec. Nie ma nic gorszego, niż ukochanie idola, który już nie żyje. Bez szans na koncert na żywo, na kolejny album, kolejny klip, kolejny wybryk, o którym mogłabym przeczytać na pudelku. Chociaż, mój idol umarł w chwale, a teraz mógłby wyglądać jak Axl Rose albo inny piernik, któremu od dragów, wódy, lachonów i popularności sprzed 25 lat się lekko w dupie poprzewracało, a teraz jego głównym zajęciem jest bajerowanie dup typu Lana del Rey.

 

PS. Gdy pierwszy raz usłyszałam Queen + Adam Lambert, to autentycznie się popłakałam. Nie wiem jakim cudem ten pajac, wymalowany bardziej niż ja przed randką, śpiewający jak kot, po którym właśnie jeździ walec, z akumulatorem na jajach zaczął śpiewać w moim ukochanym zespole. Ale właśnie przez niego nie pojechałam do Wrocławia na koncert. O wiele bardziej wolałabym usłyszeć Queen bez wokalu (przecież sobie dośpiewam), niż z tym miauczeniem, jajczeniem i całą resztą, którą ktoś bezczelnie nazywa śpiewem.