Sicario 2: Soldado – recenzja

Sicario 2 Soldado - recenzja

Sicario 2: Soldado – recenzja

Minął już ponad tydzień, odkąd obejrzałam „Sicario 2: Soldado” i cholera… nadal nie wiem, czy ten film mi się podobał, czy nie. Serio. Bo z jednej strony absolutnie trzyma się tego, co widziałam w pierwszej części, co mnie zachwyciło, a z drugiej… film był dość rozwlekły, trochę przydługawy…

Czasami tak jest, że idziesz do kina na 120-minutową produkcję i po godzinie film się kończy. Bo tempo było zabójcze.

Czasami tak jest, że idziesz do kina na 120-minutową produkcję i po 4 godzinach ona nadal trwa. I trochę tak było tym razem. To kino jest tak bardzo męskie, że testosteron wylewa się z każdej minuty. Testosteron i charyzma. I wielkie, ogromne jaja. I zero strachu.

Cholera… Mimo tego, że film się ciągnął, chyba jednak mi się podobało.

Miałam solidne obawy, że druga część nie będzie tak „świeża”, jak pierwsza. Super męskie, brutalne, na wskroś agresywne kino, brudne, obdzierające ze złudzeń. Czy można to powtórzyć? Można. Nawet bardziej. Ten element „kobiecy” jest tu kompletnie nieistotny. Równie dobrze mogłoby go nie być. Może po to, by ciut odciągnąć od istoty fabuły.

Bo nie wiem, czy zauważyliście, ale to film o zemście. Pierwszy był o zemście, drugi też jest. W trzecim poznamy jej smak.

Tym razem Matt Graver (Josh Brolin) bierze się za kartele narkotykowe z Meksyku. Na szybko wymyślony plan, a dokładniej mówiąc: zasadzka, ma rozwiązać samoistnie kilka spraw. Mają się sami wytłuc, ot co. Założenie proste w teorii, a w praktyce tylko wtedy, gdy w grę wchodzi Alejandro (Benicio del Toro). On z kolei ma w tym prywatę. Jego wendeta będzie trwała tak długo, dopóki on lub „ten drugi” będą żyć.

Klimat jest turbo ciężki. Da się go kroić. Tu jest nieustająca walka o to, kto ma większe jajuchy i kto więcej wytrzyma. To film, w którym główne skrzypce gra ból po stracie bliskich i ogromna potrzeba poukładania sobie pewnych spraw. Chociażby za cenę życia.

Jest tu piach, zapach spoconej, brudnej skóry, bicie serca tak mocno przeszywające ciszę, że aż szumi w uszach. Film, w którym nastolatek, któremu jeszcze wąs nie rzucił się na twarz strzela do człowieka. Film, w którym dowiadujemy się jak wygląda życie po dwóch stronach granicy. I jak wygląda procedura „handlu” nadzieją na lepsze życie.

To także film o tym, jak działają pewnego rodzaju organizacje przestępcze, przy czym jedne z nich związane są z mafiami, a drugie… z rządem.

Ciężki, pierońsko ciężki, dziwny, mocny film. Myślę o nim od tygodnia. A gdy zaczynam myśleć zbyt intensywnie – momentalnie pulsuje mi głowa.

Tagi: Sicario 2: Soldado – recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów

Autor: Paulina W

Podziel się postem
468 ad