Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

KSIĄŻKI

Richard Hammond – “W drodze”

ONA:

Uwielbiam „Top Gear”. To jeden z tych programów telewizyjnych, za którym przepadam, który jest w moim TOP3, który mnie sporo nauczył, a przecież jest całkiem błahy. Zachwycam się tym, jak jest, a właściwie był – realizowany. Dla osoby, która jara się montażem, kadrami, zdjęciami i całą resztą – ten program to uczta dla oczu. Uwielbiam prowadzących i fabułę. Uwielbiam ich dowcip oraz to, że w każdym sezonie zaskakiwali i bawili wyjątkowo dobrze. Trudno byłoby mi wybrać jednego z nich, którego ubóstwiam najbardziej, ale prawda jest taka, że to z Clarksonem nie raz zasypiałam, podróżowałam i to on doprowadzał mnie do łez ze śmiechu. Mogę się pochwalić pełną kolekcją jego książek. Przepadam za jego humorem i za tym, że ma on totalnie gdzieś poprawność polityczną. Bacznie obserwuje rzeczywistość i nie ma problemu z tym, by poddawać ją krytyce. 

Jednak dziś napiszę o innej książce. Ze „słowem pisanym” Hammonda jeszcze się nie spotkałam. On zawsze wydawał mi się taką iskierką w tej trójce. Może z powodu wieku? Może dlatego, że ciągle pchał się do sytuacji, które sprawiały, że moja adrenalina buzowała? Chomiczek… Malutki, niziutki, gnębiony przez kolegów. W książce „W drodze” opowiada o miłości, którą obdarzył motocykle i samochody. I podróże. Opowieść tą zjada się na raz. Jest napisana bardzo przystępnie i autentycznie – masz ochotę pieprznąć wszystkim, spakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zatankować i ruszyć w nieznane. Chociażby tylko te kilkadziesiąt kilometrów.

Hammond w tej książce opowiada o swojej przygodzie i o tym jak to się stało, że pokochał prędkość, jak to się stało, że najlepiej czuje się za kierownicą. Mamy możliwość wejścia w jego świat, od tych pierwszych „autek”, przez motocykl, po inne samochody, przy czym każdy z nich ma swoją historię, powiązaną z nim grupę osób, wiele wspomnień. Większość z nas tak ma. Zarzygałam kiedyś seicento. Wakacje nad morzem. Ja, on i moja choroba lokomocyjna. Pierwszy przystanek w Tychach. Ile to jest od mojego domu? 30 km? Myślałam, że skonam, ale wakacje były wyborne. Czerwony Rover 214 zawsze będzie sprawiał, że będą pąsowieć mi policzki. I to był pierwszy samochód, za kierownicą którego siadłam. Wjechałam w pole kukurydzy, powiesiłam go na progach. Uwalone było od błota i ziemi tak, jak gdyby przejechał jakimś offroadem. Pamiętam też czerwone punto z literką „L” na dachu. „Na rondzie w lewo” – to siup… Pod prąd. Pamiętam też auto, na którym po 10 miesięcznej walce zdałam prawko. A potem przyszły czasy mojej granatowej strzały, którą uwielbiam jeździć i kilka razy przewiozłam z Katowic kilka setek kilogramów mebli.

„W drodze” to pozycja obowiązkowa dla fanów literatury samochodowej, o ile tak to mogę nazwać. Dobrze napisana, z dowcipem i lekką nutą refleksji. Książka idealna pod podróż.

Ps. W tym tygodniu będę rozprawiać się z książkami, które ostatnio wpadły mi w ręce. Lista jest bardzooooo… różnorodna. Zapraszam!