ONA:

Dawida naszło na „Robin Hooda” z 1991 roku. Właściwie nawet fajnie, bo Kevin Costner jest dla mnie aktorem, za którym mi się tęskni. Często zestawia się go z Melem Gibsonem, bo obaj mieli szczyt karier przypadający mniej więcej na ten sam czas. Ja tego nie rozumiem. Costner jest dużo lepszym artystą, nie wspominając o tym, że jest też znacznie bardziej urodziwy… Mam nadzieję, że jeszcze wróci. Liam Neeson udowodnił, że panowie w pewnym wieku też potrafią narobić szumu w przemyśle filmowym. 

Historię Robin Hooda znają wszyscy. Klasyczny przykład średniowiecznego bohatera, panicza, rycerza, człowieka dzielnego, odważnego, ze swoim mocnym moralnym kręgosłupem. Zaopatrzony w łuk, z którego strzelał bardzo dobrze, wymierzał swoją własną formę sprawiedliwości, a jego głównym celem było chronienie ładu i porządku. Żył w lesie Sherwood, a jego największym wrogiem był szeryf Nottingham, który pragnął pozbawić króla Ryszarda Lwie Serce tronu. Jest tu też wątek miłosny, w którym istotnym elementem jest Lady Marion, a także spora dawka przyjaźni, bo przecież banda Robina była wierna mu i posłuszna. Kevin Reynolds, którego znać możecie m.in. z „Waterworld”, z wielkim szacunkiem podszedł do prastarej legendy, niewiele w niej zmieniając. Jedyne co zrobił, to nadał jej nieco „współczesnego” wymiaru, ale to nadal osadzone było w tamtych czasach i realiach.

Bardzo dobrze mi się to dzieło ogląda, nawet po latach. Jest świeże, zabawne, ale też mnóstwo w nim ponadczasowych prawd. Moim zdaniem jest nieco zbyt długi. Śmiało można go skrócić o jakieś 30 minut i wtedy nie będzie „rozlazły”, a bardziej dynamiczny. Jeśli chodzi o aktorów, to jedynie wymieniłabym Mary Elizabeth Mastrantonio, która mnie po prostu drażniła. Ale ta męska część obsady. Matuchno! Padam na kolana. Costner jest zawadiacki i ma coś w sobie. Coś co sprawia, że chcesz rzucić wszystko i uciec z nim. Alan Rickman mógłby mnie codziennie budzić swoim głosem o poranku, a potem koić przed snem. Tu jest nieobliczalny i zły, a przecież my uwielbiamy takich łotrów. Sean Connery ma tu epizodyczną rolę, ale i tak jako król wypada świetnie, a młodziutki wówczas Christian Slater jest tak uroczy, że nie sposób nie myśleć o deflorowaniu go.

„Robin Hood: książę złodziei” to film, którego najpewniej widzieli wszyscy, bo katowany był przez Polsat dość często. Poza świetną męską obsadą, ma też chwytliwy soundtrack, parę ładnych zdjęć, trochę fajnego humoru i to jeden z tych „nieszkodliwych” filmów, które nie starzeją się zbyt mocno i przenoszą do beztroskich lat, kiedy to największym problemem było to, czy rodzice pozwolą w poniedziałek obejrzeć film do 23:30, jak rano szkoła.

ON:

Dziś opiszemy film zaliczany przeze mnie do klasyki kina przygodowo-awanturniczego. Mowa o niesamowitym, naprawdę zabawnym, świetnie nagranym i zrobionym trochę na wyrost „Robin Hoodzie: Księciu złodziei”.

Już jakiś czas temu wspominałem Paulinie, że chętnie bym sobie przypomniał tę opowieść. Pierwszy raz widziałem “Robina” w 1991 roku podczas kinowej premiery. Później kilka razy pojawiał się w telewizji, ale chyba ani razu nie obejrzałem go całego.

XII wiek – okres krucjat i wyżynania się w imię lepszego boga. Robin, który został wzięty do niewoli przez „niewiernych”, po pięciu latach ucieka wreszcie do rodzimej Anglii. Z więzienia pomaga w ucieczce Azeemowi, który za ten czyn czuje się w obowiązku wyruszyć z nim w podróż do ojczyzny. Na miejscu Robin nie zastaje niczego takim, jak było. Jego ojciec nie żyje, przyjaciel domu został okaleczony, a ziemię przejął dla siebie niejaki Szeryf Notthingham, a jego prawa ręka – Guy z Gisborne, jeździ po włościach ściąga kolejne podatki i sieje strach. Ciemiężony lud nie chce poddać się woli władyki. Część z wieśniaków opuszcza rodzinne wioski i zakłada zbójnicką grupę, która napada na bandę szeryfa oraz ludzi wyższego stanu napotkanych na drogach. Los chce, że trafiają na Robina i jego przyjaciela. Po niedługiej wymianie zdań, kilku kuksańcach i kąpieli w rzecze – zawadiaka zostaje przyjęty do grupy wyrzutków i dość szybko staje się jej przywódcą. Hood organizuje wszystkich w oddział prywatnej milicji, walczącej z ciemiężącym wszystkich szeryfem.

Mam ogromny sentyment do tego filmu. Pomimo tego, że „Robin Hood: Książę złodziei” nie jest kinem wyjątkowym, to ma w sobie coś, co powoduje, że oglądamy go niezwykle łatwo. Upchnięto tutaj dużo humoru, nie tylko w dialogach, ale i w scenach. Dzięki temu nie jest to kino typowo historyczne, ale zawadiackie i przygodowe. To produkcja starej daty – tego typu dzieł już się nie robi. Oczywiście, czasami udaje się stworzyć coś bardzo podobnego, ale nie jest to ten sam poziom. Kino lat 80-tych i 90-tych poprzedniego stulecia nie siliło się na bycie czymś, czym nie jest. „Robin” to uniwersalna opowieść o przyjaźni i miłości, walce dobra ze złem, to także film o zdradzie i karze. Jeśli macie prawie dwie i pół godziny czasu, to naprawdę warto wrócić do tej opowieści.