ONA:

Jest rok 2002. Akurat zaczęłam liceum w Cieszynie i przecież byłam już taka dorosła! Wybrałyśmy się z moją kumpelą do kina (też w Cieszynie), na nocny seans „Znaków”, a po nim miałyśmy wracać autobusem (oczywiście, że nocnym) do domu. Ja nie jestem przyzwyczajona do oglądania filmów, na których trzeba czuć obawę. Omijam je, no chyba, że to „Obcy”. Nie lubię się bać. A jednak, na znaki pojechałam.

I tak, byłam wbita w fotel. I zdarzało mi się pisknąć po cichu. Ale najlepszy był i tak powrót do domu. Z tą właśnie wyprawą „Znaki” kojarzą mi się najbardziej. Po prostu wracając grubo po północy, musiałam przejść obok pola kukurydzy i nie miałam przy sobie ani Gibsona, ani Phoenixa.

Mel Gibson, zanim mu odpierdzieliło i gdy był jeszcze porządnym człowiekiem, a nie nawiedzonym psychopatą, zagrał w tym filmie byłego pastora, który po tragicznej śmierci żony zrywa z kościołem, robi się gburem i na prawo i lewo odnosi się ze swoim ateizmem nabytym. Ma dwoje dzieci. Córka jest lekko dziwna, a syn jest bratem Kevina samego w domu. W całym tym galimatiasie pomaga mu brat, Joaquin Phoenix. Pewnego dnia dzieciaki zauważają na polu kukurydzy ogromne kręgi. I to dopiero początek…

Co mi się w tym filmie podoba?

Abigail Breslin, które grała małą Bo. I zagrała świetnie. Jej słodka, laleczkowata buzia i naiwność wpasowały się idealnie w klimat. Zagrała naturalnie, a był to jej debiut na dużym ekranie. Podobały mi się również zdjęcia i muzyka, ale te trzy elementy niestety nie uratują w moim odczuciu tego dzieła.

Ckliwe sceny i przekombinowany scenariusz to raz. Żona, która przygwożdżona jest do drzewa autem i jej monolog – szczyt tandety. W ogóle ciągłe monologi bohaterów, a także ich głębokie dyskusje o całym świecie, o sytuacji, o wydarzeniach – słodycz, od której mdli. To kino sensacyjne, a nie wieczorynka. Plus zabawne głupotki, które 10 lat temu solidnie mnie przestraszały, a teraz budziły uczucie pomiędzy irytacją i zniesmaczeniem. Film podobał mi się do momentu, kiedy jeszcze nie do końca było wiadomo o co w nim chodzi. Wtedy pasowały tam dowcipne wstawki i psychologiczne rozterki. A potem? Przecież i tak wiemy, że obcy zostawią naszą rodzinkę w spokoju.

10 lat temu byłam zachwycona. Teraz jestem zirytowana poprowadzeniem tego filmu. Jak do tej pory tylko jeden film pana Shyamalana działa na mnie teraz tak, jak kiedyś. To „Szósty zmysł”.

ON:

“Szósty zmysł” był filmem dla mnie ogromnie przereklamowanym, nie rozumiem fenomenu M. Night Shyamalana. Poza zakończeniem, w tym obrazie nie ma nic, co może być uznawane za innowacyjne. Ba, Shyamalan powiela schematy w każdym kolejnym filmie i nic nie potrafi być już zaskakujące. “Znaki” są następnym dziełem, które jest kalką poprzednich produkcji, a każdy kolejny film po „Zmyśle” ma tendencję zniżkową, Totalne dno i wodorosty zaczynają się przy „The Happening.” Ale skupmy się na “Znakach”.

Gdzieś na farmie w Pensylwanii mieszka, z dwójką dzieci, pastor Graham Hess. Ma on kryzys wiary, do którego przyczyniła się tragiczna śmierć jego żony. Warto wspomnieć, że po tym tragicznym zdarzeniu w domku obok zamieszkał brat pastora, który postanowił pomóc mu w wychowaniu dzieci, a jednocześnie mieć go na oku. Dzięki swojemu położeniu, farma pozwala na izolację i spokój, otoczona jest ona ogromnymi polami kukurydzy, a najbliższe domostwo oddalone jest o kilka dobrych kilometrów. Wszelkie informacje docierają do jej mieszkańców za pomocą telewizji lub przez przyjeżdżającą czasem w odwiedziny lokalną panią szeryf. Jedynie śmierć żony pastora wprowadza smutek i melancholie w życie mieszkańców, ale tylko do tego pamiętnego dnia, kiedy w przylegającym do domu polu kukurydzy pojawiają się dziwne znaki. Tak, wszyscy wiemy jakie, takie jak często pojawiają się na świecie, a wielu naukowców stara się wyjaśnić ich pochodzenie. Ten moment spowodował, iż życie mieszkańców nie tylko farmy, ale i Ziemi stanęło pod znakiem zapytania. Najpierw dziwne cienie w nocy w pobliżu domu, później informacje o światłach nad wielkimi miastami na całym świecie. Co potem?

Fantastyczne w tym filmie jest to odosobnienie, to że wszelkie informacje docierają do domowników z zewnątrz, i że muszą sami poukładać kolejne części układanki, a widzowie są obserwatorami, którzy nie mają wpływu na akcję. To w tym filmie podoba mi się niezmiernie. Niestety minusów jest więcej niż, ten jeden plus. Po pierwsze, część dialogów i monologów jest tak sztuczna i naciągana, że aż bolą zęby. Nie jestem w stanie zrozumieć, po co w sytuacji zagrożenia pastor zaczyna opowiadać dzieciom o ich narodzinach, każdy inteligentny człek brałby pupę troki i starał się chronić swoje pisklaki. Widocznie pastor ma inną misję. Oczywiście wiadome jest, że dojdzie do konfrontacji Hessa z osobą, która odpowiedzialna jest za śmierć jego żony, wiadomo, że ta rodzina stanie przed nieznanym, przed zjawiskiem, które jeszcze bardziej może podważyć istnienie Boga.

Tak czy inaczej, to i tak jeden z lepszych filmów  Shyamalana. Można zobaczyć, ale nie trzeba