ONA:
Są filmy, które warto obejrzeć, bowiem ich fabuła, mimo lekkiego zagmatwania – wciąga i porywa. Ale tylko raz. Finał takiej produkcji jest zwykle na tyle intrygujący, że każdy kolejny seans będzie przynosił tylko solidniejsze dawki ziewów. Mam wrażenie, że „Prawnik z Lincolna” to właśnie takie dzieło. Na raz. Mick Haller (Matthew McConaughey) jest prawnikiem, ale nie byle jakim – i to z dwóch powodów. Po pierwsze: praktykę prowadzi w Los Angeles, ale nie w żadnym biurze, tylko w samochodzie. W czarnej, pięknej limuzynie marki Lincoln. Co jeszcze go wyróżnia? Ano on głównie zajmuje się sprawami kryminalistów, mniejszych i większych. Interesuje go wyłącznie uniewinnienie klienta – mając pełną świadomość, że grzeszki i grzechy delikwentów bywają różne. Lepiej! On, zdeterminowany i pełny swojego sukcesu, w branży i w przestępczym półświatku robi karierę. I właśnie dostaje kolejne zlecenie. Za kratki trafia koleś z bardzo bogatej rodziny – Louis Roulet (Ryan Phillippe). Jego sprawa śmierdzi z kilometra, ale Haller decyduje się nią zająć. Tylko tym razem nic nie będzie tak proste i tak oczywiste…
„Prawnik z Lincolna” to przyjemne, aczkolwiek niezbyt spektakularne oglądajło. Fajna historia, opowiedziana w fajny, angażujący sposób, ale w żadnej formie nie wywala on nas na lewą stronę. To przykład na szalenie poprawny film, do którego ciężko się doczepić. Matthew McConaughey w 2011 roku stał w punkcie, który poprowadził do na kinematograficzny szczyt. Widać porzucenie ckliwych komedii romantycznych wyszło mu na dobre, bo dziś jest na ustach wszystkich. Ja jakoś do niego przekonana nie jestem. Nie ujmuję mu talentu i umiejętności, ale jest w nim coś takiego, co mnie męczy. Szczególnie, gdy gra on postać pierwszoplanową.
Jeśli zaś chodzi o samą fabułę historii prawnika, snującego się ulicami LA w swojej limuzynie, to dla fanów kina prawniczo-prawnego, ta pozycja jest wręcz obowiązkowa. Niezbyt często jest tak, że mamy film, w którym treść krąży wokół tych złych i sposobów na wyciągniecie ich z opresji. Zabiegi i sztuczki znane tylko wprawionym prawnikom sprawiają, że przeciętny szaraczek przed monitorem szerzej otwiera oczy/usta. Szczególnie, że w tym konkretnym filmie mamy kilka niezłych zbiegów okoliczności.
Tak jak napisałam we wstępie – warto obejrzeć, ale raz. Warto nie spoilerować sobie, nie próbować odkryć prawdy przed scenariuszem, tylko dać się po prostu porwać historii. W skali od 1 do 10, „Prawnik z Lincolna” ode mnie dostałby mocną 7. Ale tylko 7.
ON:
Chyba zacząłem doceniać Matthew McConaughey jako aktora. Nie ukrywam, że w „Dallas Buyers Club” pokazał poziom, jaki pewnie ciężko będzie mu osiągnąć ponownie, ale wracając do starszych filmów okazuje się, że ten facet ma potencjał i potrafi go wykorzystać.
Wczoraj w godzinach nocnych udało mi się wreszcie obejrzeć „Prawnika z Lincolna”, film, w którym Matthew nie jest może wyjątkowy, ale cała historia jest na tyle dobra, że ogląda się sama. To jeden z tych filmów „prawniczych” mający pokazać nam meandry prawa, a przy okazji opowiedzieć historię zrozumiałą dla przeciętnego zjadacza chleba. Trzeba przyznać, że sztuczka ta udaje się wyjątkowo dobrze. Już początek zaczyna intrygować. Zadajemy sobie pytanie – „Dlaczego prawnik nie ma swojego biura, a interesantów przyjmuje w swojej klasycznej limuzynie?”. Zagadka wyjaśni się dość szybko. Mick Haller, bo tak zowie się wspomniany adwokat, to koleś broniący oprychów mniejszego lub większego kalibru. Jego stawki są różnorakie, ale do tanich on nie należy. I ma powody do tego, by się cenić – każdy z jego klientów może się poszczycić całkiem sympatycznym wyrokiem. Trzeba przyznać, że Mick wie, jak zjednać sobie przychylność ławy przysięgłych i sędziów. Ale to nie charakter, to często nieczyste zagrania powodują, że tak dobrze idzie mu praca obrońcy. Jest tak znany, że klienci sami walą drzwiami i oknami, tak jest między innymi z Louisem Rouletem, który został oskarżony o brutalne pobicie prostytutki. Z racji, że jego rodzinka jest obrzydliwie bogata, mogą zaproponować ochronę Hallerowi.
Gdy sprawy sądowe toczą się swoim torem, warto zapytać się o życie osobiste adwokata. Okazuje się, że nie jest ono takie wspaniałe, jakby się wydawało. Z racji tego, że jego żona jest także prawnikiem, ale oskarżycielem, doszło czas jakiś do konfliktu, który zaważył na ich wspólnym życiu. Pomimo życia w separacji często się spotykają bowiem mają kilkuletnią córkę. Wzajemne stosunki Micka i jego żony nie są dramatycznie złe, po prostu czasem ciężko im się dogadać.
I tak naprawdę na tych dwóch płaszczyznach snuje się opowieść stworzona przez Johna Romano, a wyreżyserowana przez Brada Furmana. Trzeba przyznać, że to kino specyficzne, ale bardzo dobre. Potrafi wciągnąć, zaciekawić i zaintrygować. Nie ma szans, że zgubimy się w zawiłościach i w natłoku postaci. To dobre zagranie, gdyż pozwala się skupić na najważniejszych rzeczach. Przypadkowy seans sprawił, że nie żałuję ani minuty spędzonej przed ekranem. Warto.
