ONA:
Przyznam się bez bicia – „Jeździec bez głowy” utulił mnie do snu. Nie zdarza mi się to zbyt często. Ok, jak jestem chora, mam gorszy dzień, wymęczyłam się w pracy, na basenie, cokolwiek, to często organizm reaguje tak, że na chwilę przymykam oczy i budzę się na napisach końcowych. Ale kiedy jestem zdrowa, wyspana, nie zmęczona i na urlopie, a dzieło, które mam oglądać, przenosi mnie w objęcia Morfeusza – musi nudzić. Musi, nie ma wyjścia.
Moje stosunki z Timem Burtonem są sinusoidalne jak tylko się da. Na zmianę, albo „Aaaaa!!!” i klaszczę wszystkimi możliwymi organami, albo „O pónbóczku” i zastanawiam się jakim cudem ciągle nazywam go jednym z moich ulubionych reżyserów. Zresztą, trochę jego filmów już tu opisaliśmy. Była „Alicja w Krainie Czarów”, był mój ukochany „Sok z żuka”. Była historia o wampirze, któremu przyszło żyć w latach 70tych, czyli „Mroczne cienie” i o psie, który nie jeździł koleją, ale który miał dwie śruby w karku – „Frankenweenie”. Dziś po raz kolejny duet „Johnny Depp i Tim Burton”.
Jakoś nie umiem oprzeć się wrażeniu, że ten film jest na wskroś romantyczny. Ale nie do końca chodzi mi o to, że on kocha ją, a ona jego. Bardziej chodzi mi o epokę. Miałam w moim życiu moment, w którym zastanawiałam się, czy czasem nie pójść na polonistykę, ale ponoć żeby dać radę na tych studiach i nie zwariować, trzeba kochać romantyzm. A ze wszystkich epok, które przyszło mi przerabiać, czas burzy i naporu najbardziej mnie nudził, męczył i droczył. Więc jeśli znalazłam te nudzące, męczące i droczące momenty w filmie, to nie ma raczej się czego spodziewać…
Głównym bohaterem filmu jest małe, oddalone miasteczko, Sleepy Hollow, gdzie dzieją się rzeczy dziwne. Co jakiś czas pada trup, ale nie jest to zgon z przyczyn naturalnych. Trup jest bowiem pozbawiony głowy, której nie można znaleźć… Mieszkańcy wpadają w panikę. Twierdzą, że za wszystko odpowiedzialny jest tajemniczy bezgłowy jeździec, który urządził sobie w mieścinie żniwa. Sprawą zajmuje się Ichabod Crane, nowojorski – a jakże – policjant. Jest to 100 procentowy pragmatyk. Dla niego wszystko musi być realne, racjonalne, a jeśli nie ma na coś dowodów, to to nie istnieje. Jeździec z Sleepy Hollow jest więc swoistym wyzwaniem: albo uwierzy, albo udowodni. Co wybierze? Szkiełko czy oko?
Bez wątpienia ten film jest przepiękny. Ale ta piękność nie jawi się w słodkich pastelach. To horror, mroczny, ciemny, tajemniczy. Burton jak nikt potrafi kreować takie miejsca, w których nic nie jest oczywiste. A najlepsze jest to, że tylko on umie tak łączyć gatunki i konwencje. Mamy bajkę, mamy horror, mamy film kostiumowy, romantyczny, ale i pełny dynamiki. Pod względem wizualnym trudno doczepić się czegokolwiek.
Ale! Tak, mam „ale”. Niestety, sama fabuła mnie mega wynudziła. Moje trzecie oko, które na ogół jest uśpione, podskakiwało radośnie, bo szybko rozpracowało kto najął bezgłowego jeźdźca, a intuicja tym razem okazała się niezawodna. Niemniej, oczy były zachwycone. Jest coś klasycznego w tym filmie. Coś, co zachwyca, co budzi obawę, coś, co jest niebezpieczne, coś tajemnicze. Depp to klasa sama w sobie, on wydaje się być stworzony do takich ról. Czego niestety nie mogę powiedzieć o Christinie Ricci. Dla mnie to aktorka dwóch ról: Wednesday w „The Addams Family” i Robert w „Now and then”, czyli generalnie jak Ricci, to tylko w młodości i koniecznie z ciemnymi włosami.
Ten film należy obejrzeć, może niekoniecznie z powodu fabuły, ale z powodu pięknego wykonania.
ON:
O „Jeźdźcu bez głowy” przypomniałem sobie kilka dni po tym, jak oglądaliśmy inny film Burtona, opowiadający o przygodach psiaka Frankensteina. Okazało się, że Paulina nie mała okazji zapoznać się z tym dziełem, więc postanowiłem, że nadrobimy zaległości. Nie wiedziałem, że te kilkanaście lat wypaczyło mój zmysł filmowy i poza doznaniami estetycznymi nie dostałem nic więcej, co by minie powaliło na kolana. Nie ukrywam, że „Sleepy Hollow” jest przepięknym, malowniczym wręcz doznaniem estetycznym. Ten film je się oczami. Problemem jest historia, która jest podana w taki sposób, że bardzo szybko dojdziemy, kto jest tym prawdziwym “złym”.
Kino Burtona jest bardzo specyficzne. Widać to i przy tej produkcji, a kolejne elementy filmowej układanki wpasowują się do siebie idealnie. Świetne udźwiękowienie, bardzo dobra (często przekoloryzowana) gra aktorska oraz kostiumy i lokacje to główne atrybuty tego dzieła. I dla nich właśnie warto zobaczyć „Jeźdźca bez głowy”, nawet jeśli znudzi was sama historia, a może się tak stać – to chłońcie całość obrazu. Za scenariusz filmu odpowiada Andrew Kevin Walker, znany z tego, że napisał scenariusz do „Se7en”, niestety ten w „Jeźdźcu…” nie jest już tak dobry, można wręcz powiedzieć, że jest przeciętny.
To prawie dwugodzinna opowieść o tym, jak nowojorski policjant Ichabod Crane, walczący z ciemnotą panująca w wymiarze sprawiedliwości, stara się rozwiązywać kolejne zagadki kryminalne. Dla niego martwy topielec to ciało do zbadania i sprawdzenia czy utonięcie było przyczyną zgonu. Takie podejście nie podoba się konstablom oraz sędziemu, którzy raczej mają w czterech literach to, co się dzieje z umarlakami. Martwy rzezimieszek to problem z głowy. Po kolejnym „postawieniu się” sędziemu, Ichabod dostaje propozycję nie do odrzucenia: musi wybrać się do małej mieściny zwanej Sleepy Hollow, gdzie w ciągu ostatnich tygodni 3 osoby zostały zamordowane. Dziwnym może być fakt, że każda osoba została pozbawiona głowy jednym sprawnym cięciem, a jeszcze dziwniejsze jest to, że głowa została zabrana przez sprawcę.
Po przybyciu „mieszczucha” na prowincję, musi się on pogodzić z „nowym porządkiem”, jaki panuje na zaściankowej wsi. Tu każdy zna każdego, wszelkie brudy zamiatane są pod dywan, a chłopak z miasta to potencjalny konkurent do łona lokalnych babeczek. Policjant na miejscu dowiaduje się, że za morderstwa odpowiada upiór zabitego wiele lat temu brutalnego żołnierza. Najgorsze jest to, że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż jest to prawda. Stos ciał wzrasta z dnia na dzień, a Crane jest coraz bardziej spanikowany. Oczywiście, nie może się obejść bez wątku miłosnego, tutaj rolę „pięknej damy” gra Katrina Van Tassel czyli żabiooka Christina Ricci (kobietę tak dla mnie seksualną jak stara cegła).
Całość, jak wspominałem, jest bardzo artystyczna, plastyczna i utrzymana w klimacie przypominającym mi „Draculę”. Jest to film na jeden raz, ale warto go zobaczyć, nawet tylko dla tych walorów estetycznych.
