ON:

„Sok z żuka” lub jeśli ktoś woli „Beetle Juice”, to chyba pierwszy film w dorobku Tima Burtona, który idealnie pokazuje czego oczekiwać od tego Pana w jego późniejszych produkcjach. Dla mnie nazwisko Burton to: mroczny klimat, ciężki, czasem czarny humor i niebanalne historie, kręcące się wokoło śmierci. Nawet pierwszy i drugi „Batman”, którego miał okazję wyreżyserować, ociekał lepką ciemnością. Jak by nie patrzeć, to jednak film z gnijącym kolesiem w pasiastym ubranku przetarł szlaki jednocześnie grozy i komizmu. Nie pamiętam dokładnie kiedy widziałem go pierwszy raz, na pewno było to dawno temu i wiem, że gdzieś w latach 90-tych zagrywałem się na „Pegasusie” w platformówkę na podstawie tego obrazu i bardzo mi się ona podobała.

Cała historia zaczyna się od tego, że poznajemy młode małżeństwo – Barbarę i Adama Maitlandów, zamieszkujących dość dziwny, wielki dom, królujący na wzgórzu blisko małego miasteczka. Ich codziennymi problemami jest remont, zakupy i własna miłość. No można jeszcze dodać wścibską agent nieruchomości, cisnącą ich o sprzedaż tego jakże wspaniałego domu. Żyją wiec sobie spokojnie nie wadząc nikomu w swoim małym niebie. Podczas kolejnego dnia razem postanawiają, że wyskoczą po kilka drobiazgów do miasteczka. Podróż ma być szybka i spokojna, niestety jest inaczej. Po nieszczęśliwym wypadku jaki ich spotkał, wracają na swoje włości bardzo późno. Coś jest jednak nie tak, czas dziwnie się ciągnie, w domu znajdują podręcznik dla umarlaków, a za drzwiami mieszkania czekają na nich wielkie piaskowe robaki. Mija chwila zanim połączą kropki i zdadzą sobie sprawę z tego, że są martwi.

W zaświatach nie jest tak wspaniale, jak by się wydawało. Po pierwsze: książka dla martwych napisana jest jak instrukcja obsługi piekarnika, po drugie: ich dom kupiła jakaś dziwna rodzina Deitzów. Znikąd pomocy, ani ratunku. W końcu dochodzą do tego, że jako umarlakom przysługuje im pośmiertny kurator, od którego dowiadują się, że na ziemi spędzą jeszcze ponad 100 lat i będą straszyć w tym domu. No po prostu pięknie. Co można zrobić? Nauczyć się straszyć, co można zrobić albo podręcznikowo, albo skorzystać z usług specjalnego egzorcysty, zwanego „Beetlejuice”. Kiedyś był jednym z kuratorów, ale za jego wybryki i zachowanie został kulturalnie wypier.. khhmm wyrzucony z pracy. Jego pomoc nie jest do końca bezinteresowna, ale z czegoś trzeba żyć, co nie?

Postać martwego egzorcysty jest wprost bajeczna, po prostu powala. Mieszka w grobie, je żuki i inne owady, zbiera flegmę na później. Po prostu książę z bajki. O duchach dowiadują się także obecni mieszkańcy domu, lecz zamiast brać nogi za pas, chcą z nich zrobić atrakcję wręcz turystyczną. Jedyną osobą, która naprawdę przejmuje się losem umarlaków, jest córka Deitzów – Lydia.

„Sok z żuka” smakuje najlepiej, gdy bawi cię chamski, cyniczny i wredny humor. Jeśli tak, to jest to pozycja dla Ciebie. Polecam.

ONA:

Stary, dobry Tim Burton. Zakręcony jak słoik na zimę, z pomysłami i głową pełną kolorów. Widziałam prawie wszystkie jego filmy, ale jest jeden, który uwielbiam absolutnie. Nie, to nie „Alicja w Krainie Czarów”. To też żaden z jego „Batmanów”, ani Charlie i jego fabryka czekolady. To „Beetlejuice” – film-dobranocka z lat dzieciństwa.

Wszystko dzieje się w uroczym domku Adama i Barbary. Para jest lekko świrnięta na punkcie swoich czterech kątów, bo na urlopie planują remonty i porządkowanie, zamiast odpoczynku. Coś mi to swoją drogą przypomina… W tym cudownym miejscu, który stworzyli, brakuje jedynie tupotu małych stópek. Ale małżonkowie mimo braku dziecka, wydają się być szczęśliwi sami ze sobą, w pięknym, zadbanym domu. Jednak los bywa nieobliczalny i para ginie. Cóż, wypadki chodzą po ludziach. Ale tu okazuje się, że to śmierć to dopiero początek ich problemów. W przypadku Adama i Barbary nie było życia wiecznego w niebie. Para wraca do swojego domu w postaci duchów. Z zaświatów otrzymują podręcznik radzenia sobie z życiem po śmierci. A w między czasie ich gniazdko zostaje sprzedane pewnej ekscentrycznej rodzince. Delia jest z leksza piźnięta. Apodyktyczna, wredna, ale z duszą artystki. Co prawda jej dzieła i gust to lekki koszmar, ale tworzy! Jej mężem jest Charles – generalnie pierdoła. Dopełnieniem tego zestawu jest Lydia, mroczna nastolatka. Delia ze swoim przyjacielem zaczynają reorganizować dom. Tu coś wyburzą, tu pomalują, a z wiejskiej arkadii robi się nowobogacki kał. Biedni Adam i Barbara muszą się temu przyglądać. Nie mając zupełnie pomysłu jak wygonić z domu intruzów, stwierdzają, że trzeba im pomóc. A to może zrobić tylko profesjonalista. W tym przypadku to dość odrażający jegomość – Beetlejuice.

Jeśli czyta to jakaś osoba, która tego filmu nie widziała, to musi być świadoma tego, że to ogromna strata. I należy niezwłocznie tą lukę wypełnić. Burton wspiął się tu na wyżyny swojej zajebistości, tworząc lekko psychiczne dzieło, wypełnione ironią i szalonymi wizjami. Całość jest wielowymiarową opowieścią o ludziach, ich wyborach i troskach, tylko jest to ujęte nieco nieszablonowo. Co tu dużo gadać – film odzwierciedla w 100% to, z czego słynie Burton. Do tego cieszy oko. Prowadzenie kamery zarówno w sposób ogólny, jak i szczegółowy jest urocze. Dodatkowo bardzo podoba mi się łączenie dualistycznych światów: tego prawdziwego i tego po śmierci. Nie ma opcji, żeby nie wspomnieć o aktorach. W rolach głównych widzimy Aleca Baldwina (Adam), Geenę Davis (Barbara) oraz Winonę Ryder (Lydia) – która dopiero startowała w Fabryce Marzeń i od razu zrobiła to z pierdolnięciem. Widzimy też Jeffreya Jonesa i Catherine O’Hara, którą znam jedynie z przygód Kevina, które widzę co roku na Polsacie. No ale na największe owacje zasługuje Michael Keaton w roli tytułowego Beetlejuica. Keaton zmiażdżył wszystkich aktorów, którzy występowali w tym filmie. Jego bohater jest nieobliczalny, zdecydowanie nadaktywny, obrzydliwy i uroczy jednocześnie. Jest zawadiacki, lekko perwersyjny, igra z ogniem i nie ma dla niego świętości. Jest re-we-la-cyj-ny!!! Na uwagę zasługuje również muzyka, z pogranicza kiczu. Całość smakuje wybornie.

Mój ulubiony film Burtona. Bez dwóch zdań. Śmieszny, dziwny i nieobliczalny. Nie sposób go nie polecić.