Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Thor: Ragnarok – recenzja

Thor Ragnarok - recenzja1

Bardzo czekam na tę część z przygodami superbohaterów, w której większość z nich se po prostu umrze. Ale nie tak, jak Superman. Umrze, koniec – temat zamknięty, jedziemy dalej. Bo z etapu „Meh” zaliczyłam etap „Wow!”, a teraz znowu mam mocno postępujący czas tragicznego znudzenia i wymęczenia kinem z superbohaterami. Właściwie – nie ma się czemu dziwić. Filmów z obu stajni – z DC i Marvela, co roku powstaje kilka. A jak głupia na to wszystko chodzę do kina… No.

Thor: Ragnarok – recenzja

Za Thorem nigdy nie przepadałam. Okej, pan jest ładny, ma ładny głos, cięty dowcip, ale zawsze sunie za nim ten przeklęty przeze mnie Loki. Matko, kto wymyślił stylizację tego bohatera? Dajcie mi go tu, to mu wyjaśnię, że CZARNY KOLOR WŁOSÓW NIE PASUJE DO WSZYSTKICH! Ja nie mogę patrzeć na Toma Hiddlestona, gdy zaczyna być Lokim. Bardziej tylko uwierał mnie w towarzystwie Taylor Swift. I kończąc moje narzekanie: czemu oni, do jasnej cholery, zaczęli robić to kino superbohaterskie tak tragicznie długie? Serio, 90 minut wystarczy. w przypadku nowego Thora nie było jeszcze tak źle – nieco ponad 2 godziny.

Był rozpierdziel. Nie ma co ukrywać. Była też tu przepiękna Cate Blanchett w roli złej siostry. Był Jeff Goldblum, który z wiekiem nabiera czegoś rozkosznego. Nowa bohaterka – Walkiria, też dała radę. Pojawił się też Cumberbatch, ale tylko na kilka chwil. Plus oczywiście Hemsworth, Hiddleston, Hopkins i Mark Ruffalo, jako Hulk. O, to było super – superbohaterów było zaledwie kilku, więc taki noob jak ja – nadążał.

Całość krąży wokół nordyckiej apokalipsy. Wraz z nadejściem Heli, córki Odyna, Asgard skazany jest na totalną zagładę i katastrofę. Po drodze jest oczywiście skakanie po planetach, próby uspokojenia Hulka, psikusy pomiędzy braćmi i typowe zagrywki, do których twórcy tego typu filmów nas przyzwyczaili. Tu wrzucą na chwilę dr Strange’a, tu pojawi się podśmiechujka z Iron Mana, wiadomo – to jedna stajnia. Maszyna musi się kręcić, żeby przetrwać.

I to nie jest tak, że film mi się nie podobał. Ale czy nadal możemy mówić o tym, że dane dzieło z tego gatunku zostało ładnie nagrane i wyprodukowane? Nope. To już powinien być standard. Coś, co mnie teraz „uwodzi”, to fabuła, to historia, którą opowiadają mi twórcy. I tak szczerze powiedziawszy, ja jestem już na etapie „NIECH MI TO KTOŚ ROZRYSUJE, BO JA JUŻ NIE WIEM KTO Z KIM!”

Rzecz, która absolutnie mi się podobała, to nieco „retro” klimat, mocno zbliżony do filmów sci-fi z lat 80. Świetny był Goldblum, który bawił się swoją rolą z zajebistą nonszalancją – i wyszło to bardzo fajnie. No i muza. Mogę umierać – w kinie superbohaterskim zagrali Zeppelini.

Ocena? Dało się to obejrzeć. Ale frajda mi minęła. Nie ma się czego uczepić, ale nie ma się też czegoś chwycić. Dla mnie nadal numerem jeden pozostaje „Deadpool”, bo był to bardzo „inny” film, który mnie rozbawił i wzruszył. Tu jest klasyka. Coś się dzieje, potem jest przejebanie, potem gorzej, a potem lepiej. Po raz kolejny.

Tagi: Thor: Ragnarok – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów