ON:

Do dziś pamiętam genialną reklamę radiową pierwszej części „Uprowadzonej”. Słyszymy głos Bryana Millsa, granego przez Liama Neesona, który wypowiada jeden z najlepszych monologów, jakie można usłyszeć w filmie akcji ostatnich lat. „I don’t know who you are. I don’t know what you want. If you are looking for ransom, I can tell you I don’t have money. But what I do have are a very particular set of skills; skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you. If you let my daughter go now, that’ll be the end of it. I will not look for you, I will not pursue you. But if you don’t, I will look for you, I will find you, and I will kill you.” Na co po chwili ciszy słyszymy odpowiedź: “Good luck”. Po czym następuje zajawka: ”Zabrali mu córkę, on zabierze im życie.”

I pomyśleć, że nie będzie to film jak inne, bardzo podobne produkcje. Możliwe, że powodem tego jest to, że w scenariuszu i produkcji maczał palce sam Luc Besson (mistrz europejskiego kina sensacyjnego, u którego występowali najlepsi aktorzy z całego świata). Luc ostatnio się trochę wypstrykał i po kultowych wręcz filmach, takich jak „Nikita”, „Piąty element”, czy „Leon zawodowiec” zaczął reżyserować jak dziwne bajki dla dzieci. Zajął się też pisaniem scenariuszy oraz produkcją. Może to i lepiej? Ciężko powiedzieć. Ale przyznam, że pierwsza „Uprowadzona” jest dla mnie bardzo, bardzo dobrym kinem akcji, do którego przed zobaczeniem drugiej części bardzo chętnie wróciłem.

Poznajcie Briana Millsa byłego agenta specjalnego. Jego małżeństwo rozpadło się kilka lat temu z powodu jego pracy, zaś żona związała się z nowym mężczyzną, bogatym, wpływowym przedsiębiorcą. Oczkiem w głowie Bryana jest jego córka, która po całym zajściu ma nowego (zamożnego) tatusia, ale nie zmienia to faktu, że kocha swojego biologicznego ojca najbardziej na świecie. Mills po stracie wszystkiego, co najbardziej kochał, stara się w kilku procentach odbudować więź, którą zniszczył. Mimo, że jest „daleko”, można powiedzieć, że jest najlepszym ojcem na świecie. Najbardziej doceniamy przecież to, co stracimy. Tak więc, stara się spełnić wszelkie zachcianki swojej córki, mimo wielu protestów Lenore, matki Kim. Jedną z nich będzie wyjazd do Francji, a ponieważ mała jest nieletnia, ma dopiero siedemnaście lat, to na wyjazd potrzeba zgody obojga rodziców. Początkowo  Bryan sprzeciwia się temu pomysłowi, ale w końcu zgadza się na wypad dziewczyn (Kim jedzie do Europy ze swoją przyjaciółką). Zgoda obwarowana jest kilkoma warunkami, gdyż ojciec ma trochę psychoz, które są wynikiem jego doświadczenia zawodowego, ale przecież nie wzięły się z powietrza.

Nadchodzi ten dzień, dziewczyny lądują w Paryżu. Czekając na taksówkę poznają Petera, młodego Francuza, który za minut kilka okaże się naganiaczem żywego towaru dla albańskich handlarzy kobietami. Chłopak wsiada do taksówki wraz amerykankami i odwozi je pod sam dom, w którym mają mieszkać. Koleżanka Kim jest kretynką do kwadratu (czego oczekiwać od blondie z USA?) i wygaduje się przed nim, że mieszkają same itd. W mieszkaniu każda z dziewczyn ma kilka minut dla siebie, a zdenerwowanemu Bryanowi wreszcie udaje się dorwać córkę telefonicznie. Miała się przecież zameldować jak dotrze na miejsce. Podczas ich rozmowy do mieszkania wpadają wcześniej zapowiedzeni przez mnie handlarze. Przerażona Kim opisuje ojcu co się dzieje, a ten przygotowuje ją na najgorsze – uprowadzenie. Każe jej wykonać kilka czynności, które mają na celu pomóc mu w jej odnalezieniu. Dziewczyna zostaje porwana, a Mills wypowiada słowa ze wstępu do wpisu. Od tego momentu, nasz bohater ma 96h na odnalezienie dziewczyny, inaczej już nigdy jej nie zobaczy. Zaczyna się wiec wyścig z czasem, bandziorami i francuską biurokracją służb specjalnych. Okazuje się bowiem, że cała intryga zatacza coraz to szersze kręgi. „Uprowadzoną” ogląda się naprawdę bardzo dobrze. Mimo, że ma ona wiele luk w scenariuszu, historia bardzo zgrabnie „trzyma się kupy”, dzięki czemu nawet nie zdamy sobie sprawy jak szybko minęło 93 minuty.

Mills zabijał ludzi, podczas swojej jednoosobowej krucjaty. Trupów było naprawdę wiele, ale dla niego liczyło się życie córki. Myślę, że każdy mężczyzna posiadający umiejętności takie jak on, zrobiłby podobnie. Wiadomo jednak, że nawet najgorsza menda, ma rodzinę: synów, ojców, żony. Właśnie ta „rodzina”, a dokładnie ojciec jednego z bandziorów sławnego Marko, którego można by nazwać „świecącym w ciemnościach”, postanawia zemścić się za cierpienia i krzywdy jakie im wyrządził Bryan. Widać w Albanii inne zasady panują i nie ma znaczenia, że synalek z kumplami wybrali zawód wysokiego ryzyka. Ważne jest, aby przelać krew mordercy. Sprawdźmy co się dzieje w tym czasie u agenta i jego rodziny. Okazuje się, że córka dorasta i ma chłopaka. Nowy facet byłej żony stał się chamem i burakiem, a ona nie potrafiąc poradzić sobie z całą sytuacją, płacze po kątach. Dobry moment aby podsunąć swoje ramię pod te łzy. Ponieważ Bryan jedzie do Istambułu na kilka dni chronić jakiegoś Szejka, proponuje żonie by przyjechała z córką do niego i tam razem odpoczną, zrelaksują się, przemyślą co dalej. Taki wątek jak z telenoweli. Od początku już wiadomo jaki będzie koniec tej historii. W międzyczasie albańscy „pasterze kobiet” dowiedzieli się, gdzie znajduje się nasz bohater oraz jego rodzina. Teraz chcą wprowadzić w plan porwanie całej trójki i zrobić im dużo nieprzyjemnych rzeczy. Akcja udaje się w 2/3 gdyż zgarniają Millsa z żoną, córa zaś będzie teraz jego oczami i uszami, jego przepustką na wolność.

Druga część jest znacznie słabsza od pierwowzoru. Problemem jest bardzo rozdmuchany wątek rodzinny oraz powolny rozwój akcji w ciągu pierwszych 30 minut. Nie oznacza to, że później będziemy się nudzić. Wręcz przeciwnie, sam złapałem się kilka razy na tym, że siedzę spięty i wyczekuję co będzie się działo dalej. Możliwe jest też, że zniżka formy związana jest ze zmianą reżysera, ciężko tak naprawdę oceniać. Ja mówię – TAK dla obu części, to dobre kino akcji. A tak przy okazji, to wydaje mi się, że rodzina Millsów nie powinna jeździć na wakacje poza granice USA.

ONA:

„Taken” to jednocześnie film bardzo dobry i bardzo słaby. Dobry – bo jest naprawdę fajny. Słaby – bo tylko jeden aktor w nim zasługuje na uwagę.

Bryan jest bohaterem mega irytującym. We wszystkim widzi coś złego. Ciągle powtarza, że wie jaki jest świat i ludzie, więc dlatego jest tak strasznie ostrożny. Fakt, wie. Jest byłym agentem służb specjalnych, który dla swojej pracy poświęcił to, co najważniejsze – rodzinę. I teraz żonka układa sobie życie z nowym (bogatym) kolesiem, a Kim, jego córka, oddala się od niego w zastraszającym tempie. Aż do pewnych wydarzeń… Córka dostaje propozycję nie do odrzucenia – wakacje w Paryżu. Ale żeby wyjechać musi mieć zgodę obu rodziców – cóż, ma tylko 17 lat. Mama oczywiście się zgadza bez wahania, tata ma ogromne wątpliwości. Ale w końcu ugina się, podpisuje papierek, przedstawia córce swoje wymagania i chwilę później nastolatka ze swoją kumpelą jest już we Francji. Tam na dzień dobry nawiązują szybka znajomość z pewnym uroczym młodzieńcem, który jak się okazuje po chwili, „werbuje” młode dziewczyny do burdeli. Nieświadome zagrożenia dziewczyny szaleją w paryskim mieszkaniu. Bryan w końcu dodzwonił się do córki i podczas rozmowy padają słowa „Ktoś tu wszedł!”. Taaak, droga dziewczynko. Nie nauczyła mamusia, że nieznajomym facetom, nawet tym przystojnym, nie podaje się adresu? Do mieszkania wtargnęli faceci, porywając Amandę i szukając w domu Kim. Na szczęście ta ma po drugiej stronie światłowodu tatę, który ją instruuje co ma zrobić, ale ona i tak zostaje porwana. Swoją drogą – ta scena w filmie jest jedną z lepszych. Bryan mówi córce, że ma głośno wykrzyczeć charakterystyczne cechy porywaczy. Wzrost, tatuaż na dłoni. A potem słyszymy monolog ojca do porywacza „Znajdę cię i zabiję”. Czas start. Ma niewiele czasu…

Tak było w 2008 roku. Film okazał się absolutnym hitem, a Liam Neeson zagrał kapitalnie. Mimo „małego” budżetu, film zarobił ogromne pieniądze, więc łatwo się domyśleć, że ktoś prędzej czy później wpadnie na pomysł, żeby zrobić sequel. Oj, Marudy czekały na drugą część bardzo!

Wiadomo, pierwsza część skończyła się słodkim jak krem krówkowy happy endem, ale nie sposób nie dojść do stwierdzenia, że rodzina Millsów nie powinna wyjeżdżać ze Stanów. Bryan odzyskał córkę, wszyscy próbują jakoś zapomnieć o tragicznych wydarzeniach, poukładać sobie jakoś życie. Bryan pracuje jako „ochroniarz”, Kim ma chłopaka, któ®ego ukrywa przed ojcem, w obawie, że ten prześwietli go na wylot, a Lenore (czyli ex żona) ma problemy w raju, bo jej idealny mąż postanawia ją zostawić. Swoją drogą, nie wspomniałam wcześniej, że byłą małżowinkę gra Famke Janssen, która bardzo ładnie się starzeje… Bryan, który właśnie ma fuchę w Istambule, proponuje dziewczynom wspólne wakacje, a te o dziwo się na to godzą. Oczywiście, jednocześnie rozgrywa się „albańska” część filmu. Podczas odbijania córki w pierwszej części, Bryan zabił kilkunastu facetów. A oni wszyscy mieli swoje domu, rodziny, więc teraz chcą się zemścić… W planach mają uprowadzenie całej rodziny, by po kolei ich zabijać. I porywaczom udaje się to w 2/3, porywają Bryana i Lenore, ale Kim, oczywiście dzięki pomocy ojca, udaje się czmychnąć. Młoda chce pomóc, kierowana przez tatę pomaga mu odkryć miejsce, w którym ich przetrzymują. A potem to już tylko strzelanki i bicie się na przemian. Aż do końca filmu.

Druga część była o wiele słabsza. Wątek „swatania” ze sobą rodziców, ciągłe strzelanki kuloodporny Bryan, który strzela bez pudła, Albańczycy mówiący biele po angielsku i Maggie Grace, która jest żałosną aktorką, coś w stylu Bella Swan, zawsze z jednym, naciąganym wyrazem twarzy, z beznadziejnymi kwestiami. Na szczęście, ona stanowiła jedynie ckliwe tło dla Neesona…

W „Taken 2” podobało mi się kilka scen. Gdy porwany już Bryan, z workiem na głowie, próbował zapamiętać charakterystyczne miejsca, dźwięki, co potem pomogło mu odnaleźć żonę. Albo gdy instruował córkę jak ma ich znaleźć. KLASA! Widać, że jest fachowcem w swojej branży. Oba filmy są niepozorne, kręcone bardzo europejsko, co widać gołym okiem, bo nie ma w nich nadmiernych wybuchów i efektów. Było też (szczególnie w 2 części) kilka scen, które były śmieszne (i żałosne), ale to w końcu film, sensacja, która ma wciskać w fotel. I to się udało zarówno w części pierwszej, jak i w drugiej. Ale mam nadzieję, że trzeciej już nie będzie. O wiele ciekawiej by było, gdyby któryś z głównych bohaterów poległ. Niestety. Happy end musi być.

Ale polecam. Kino było praktycznie pełne, a ja znudzona nie zaglądałam na Facebooka.