ONA:

Michael Bay to jeden z moich ulubionych reżyserów. Właściwie – top 3, przy czym pozostali panowie, którzy zdobyli moje serce swoimi umiejętnościami reżyserskimi, należą do bardziej „szlachetnego” gatunku. Ale żaden z nich tak nie wybucha jak Bay. Ja na jego filmy czekam z tak ogromną nadzieją, że połączenie oczekiwania na Boże Narodzenie, gdy ma się 5 lat, na pierwszą podwyżkę i na okres, po 50tym dniu cyklu jest niczym, w porównaniu z tym, co ja czuję, gdy pojawiają się pierwsze zajawki jego nowych produkcji. No sikam z radości pod siebie, zupełnie jak Bowie, jeszcze 2 miesiące temu, gdy w domu pojawiali się goście. 

I tak siadam pełna nadziei do seansu najnowszej produkcji pana B i co? Ogarnia mnie żałość, szlag mnie trafia i mam ochotę wyć ze złości. Dlaczego? Bo „Pain & Gain” jest po prostu filmem z dupy i do dupy. Wydawać by się mogło, że wszyscy bogowie sprzyjają twórcom i obsadzie. Jest super reżyser, całkiem nieźli scenarzyści (duet McFeely & Markus dał nam między innymi Opowieści z Narni, Captain America i Thora). W roli głównej mamy pana „Dobre wibracje”, czyli Marka Wahlberga, który na potrzeby filmu przypakował tak zdrowo, że można się odwonić tylko patrząc na niego (i który najpewniej nie podpisał pakt z diabłem, bo nie starzeje się wcale!). W tle mryga też Ed Harris i Dwayne Johnson, a fabuła oparta jest ponoć na historii prawdziwej i totalnie abstrakcyjnej zarazem. Wygląda na to, że mamy i komedię, i sensację, więc nic tylko oglądać. I co? Wyszło źle. Wyszło słabo. Wyszło tragicznie, a nie komicznie, a sensacja ogranicza się do kilku „biegów”, odrobinie krwi i bluzgów.

Wszystko dzieje się na Florydzie. Dwóch kulturystów: Adrian Doorbal (Anthony Mackie) i Daniel Lugo (Mark Wahlberg), wspierani przez lekko piźniętego Paula Doyle’a (Dawyne Johnson) postanawiają szybko i sprawnie zgarnąć gruby szmal i jak można zgadnąć zanim film się na dobre rozkręci – nie robią tego zbyt legalną drogą. Porywają bogatego kolesia – Victora Kershawa (Tony Shalhoub). I wszystko byłoby idealne, gdyby nie to, że a) koleś ucieka, b) porywacze są kretynami. Już im się spodobało nowe życie, pełne hajsu, blichtru, koksu i dup, a tu po piętach zaczyna im dreptać Ed Du Bois (Ed Harris), wynajęty przez Kershawa były detektyw i specjalista od zadań niemożliwych. Sprawy się cholernie komplikują. Wkrótce pojawią się pierwsze trupy.

Właściwie, gdyby to była durna komedia o tym jak nie porywać ludzi, może wyszłoby całkiem nieźle. Tymczasem Bay’a w Bay’u było mało (nie było spektakularnych pościgów, ani wybuchów), Wahlberg uroczy, ale poza mięśniami nie widać tu nic więcej, a Harris wygląda tak, jakby zaraz miał umrzeć – poważnie. Cała historia jest tak odrealniona, tak abstrakcyjna, że za cholerę nie mogę uwierzyć w to, że ona miała w ogóle miejsce. A miała! Sensu niewiele, ale za to od groma „padaczkowatych” ujęć, durnych kadrów, a trio składające się z kretyna, kretyna i kretyna nie jest urocze, tylko drażniące. Nie przesadzam. Owszem, oglądałam to dzieło będąc na etapie Prepare to Meet Satan, ale naprawdę – nie przesadzam.

Duży zawód. Liczyłam na inny rodzaj filmu, w którym proporcje komediowe i sensacyjne będą w miarę ogarnięte (coś jak Bad Boys), bez wrażenia, że całość jest po prostu parodią rodem z Mela Brooksa. Obejrzeć można.

ON:

Michael Bay przyzwyczaił nas do wybuchowego kina akcji, w którym ani na chwile nie ma przestojów. Zawsze dobrze się bawiłem oglądając filmy z jego „stajni”. Gdy ostatnio w kinach pojawiły się trailery do najnowszej produkcji Baya „Pain & Gain” – nie mogłem się doczekać. Niestety, możecie się bardzo rozczarować, bowiem dzieło to odstaje od wszystkiego, co dotychczas reżyser nam serwował.

„Pain & Gain” mógłby równie dobrze wyjść spod rąk Michaela Manna lub innego twórcy, lubującego się w długich dramatach kryminalnych. Wszystko spowodowane jest samą historią, której nie da się opowiedzieć w inny sposób, bowiem jest ona oparta na faktach. W połowie lat 90-tych w Miami trzech, a właściwie czterech mężczyzn postanowiło się wzbogać w nie do końca legalny sposób.

Całość zapoczątkował niejaki Daniel Lugo, miłośnik fitnesu. Był on pracownikiem dobrze prosperującego klubu fitness, na co dzień obracający się wśród pięknych kobiet i dzianych mężczyzn Daniel dość szybko zapragnął czegoś więcej od życia. „Podając ręczniki nie będę ojcem chrzestnym” – mówił. Traf chciał, że do klubu zapisał się Victor Kershaw, bogaty przedsiębiorca, posiadający własny bar kanapkowy, piękny dom i wspaniały samochód. Victor nie narzekał na brak kasy, podczas ćwiczeń chwalił się Danielowi, jak łatwo można oszukać system podatkowy, jak kombinować, aby mieć cash i nie oddawać go za wiele. Gdzieś w rozmowach pojawiają się kwoty, nieruchomości itd. To wystarczyło młodemu trenerowi, aby w jego umyśle zasiać ziarno, które zaczęło kiełkować. W jego głowie narodził się szatański plan. Ponieważ samemu trudno by było go zrealizować, potrzebował wspólników. Trafiło na dwóch kumpli z pracy: Adriana Doorbala oraz Paula Doyle’a (potem jeszcze dołączył szef Daniela). Początkowe zwątpienie i niepewność tej bandy, przeradza się w aprobatę. Na czym polegał ten diabelski plan? Mężczyźni postanawiają porwać Kershawa i zmusić go do oddania całego swojego majątku porywaczom. Zaczynają się przygotowania, które są kilkukrotnie zmieniane z powodów głupich wpadek. W końcu dochodzi do akcji, a Victor zostaje przewieziony do magazynu wypełnionego gadżetami erotycznymi. Tam zaczyna się jego gehenna. Prawdopodobnie gdyby nie zdradził się tym, że rozpoznał Daniela, jego życiu nie zagrażałoby niebezpieczeństwo, ale niestety, stało się inaczej. Gdy porywaczom uda się już zdobyć podpis na wszystkich wymaganych dokumentach, postanawiają wykończyć niepotrzebnego świadka. Tyle, że bezmózgie osiłki nawet tego nie potrafią zrobić dobrze. Pokiereszowany, ledwo żywy Kershaw ląduje w szpitalu. Lokalna policja nie wierzy w ani jedno jego słowo i gazuje sprawę. Zdesperowany mężczyzna postanawia wynająć prywatnego detektywa, który ma odszukać jego porywaczy. Nie jest to trudne biorąc pod uwagę, że jego prześladowcy nie kryją się z tym, że mają kasę. Problem zaczyna się w momencie, gdy skradzione pieniądze się skończą, a przecież za coś trzeba żyć. Panowie wpadają na kolejny genialny plan…

Nie zobaczycie tutaj pościgów i wybuchów znanych z „The  Rock”, czy „Bad Boys” przygotujcie się na duża ilość dialogów i kilka głupkowatych scen. Śmieszne są momenty, kiedy „geniusze zbrodni” wpadają na kolejne inteligentne plany. Trzeba mi przyznać, że powiedzenie: „Po co mi mózg? Mam mięśnie” pasuje do nich idealnie. Chyba najbardziej daje do myślenia to, że cała historia wydarzyła się naprawdę. Niestety, całość jest lekko przydługawa, przez co i przynudnawa. Po Bay’u spodziewałem się czegoś więcej. Można obejrzeć, ale do kina nie trzeba iść, poczekajcie na premierę DVD i BR.