ON:
Rok temu Kapitan Ameryka walczył z Red Skullem i jego bandą unowocześnionych nazistów, z walki wyszedł prawie zwycięsko. Skończyło się tylko 70 latami hibernacji i na lekkim szoku po przebudzeniu się w czasach współczesnych. W ciągu ostatnich lat mieliśmy także możliwość poznania historii Iron Mana, w którego postać genialnie wcielił się Robert Dovney Jr. oraz Thora zagranego przez Chrisa Hemswortha. W przypadku pierwszego filmu (a dokładnie filmów bo były 2 części) mamy do czynienia z produkcją naprawdę świetną, która zasługuje na wysokie oceny. Thor zaś jest trochę miałki, ale i tak jest to całkiem zjadliwe kino.
Ktoś wpadł na pomysł połączenia sił wszystkich bohaterów pod jednym wspólnym brandem „The Avangers.” Zanim jednak powstała znana fanom Marvelowskich komiksów grupa, mieliśmy okazję zapoznać się z jej poszczególnymi bohaterami. Wszystko zaczyna się w organizacji wielokrotnie przewijającej się przez poprzednie filmy z bohaterami, czyli w „S.H.I.E.L.D”, organizacji „kierowanej” przez pamiętającego jeszcze II wojnę Nicka Furego. To on „zaopiekował się” Tesseraktem, substancją dzięki, której naziści o mały włos nie wygrali wojny. Po pokonaniu Czerwonej Czaszki przez Kapitana Amerykę nikt nie wiedział co się ze wspomnianą substancją stało. Okazało się, że w tajnych laboratoriach „tarczy” przeprowadza się badania, mające na celu otworzenie portalu do innych światów, a głównym paliwem jest właśnie wspomniany wyżej pierwiastek. Wszystko idzie jak po maśle, aż do niespodziewanej awarii w laboratorium, kiedy pojawia się Loki, jeden z byłych pretendentów do tronu Asgardu, którego historię poznaliśmy w „Thorze”. Tu do razu chcę dać twórcom filmu bardzo duży plus za dwie rzeczy. Po pierwsze wszelkie wątki z innych Marvelowskich filmów ostatnich lat łączą się z historią z Avengersów, po drugie postacie grane są przez tych samych aktorów, dzięki czemu mamy poczucie oglądania obrazów jako całości. Loki, bóg kłamstwa i obłudy, po ucieczce z domu Odyna dogadał się z jedną z kosmicznych ras. Pomoże im przy pomocy błękitnej, badanej w laboratorium substancji, otworzyć portal do ludzkiego świata, a po ataku najeźdźców on będzie nowym królem. Początek planu jest genialny i udany, gdyż Tesserakt dostaje się w jego ręce, a Hawkeye przechodzi na jego stronę. Agenci „S.H.I.E.L.D” są teraz w czterech literach, a Fury dostaje dość ostrą reprymendę od przełożonych. Wtedy też pierwszy raz pojawia się projekt „Avengers”, będący jak się później okaże – jedyną szansą ludzkości na ratunek.
Zdesperowany Nick F. postanawia zebrać śmietankę bohaterów, aby zlokalizować skradzioną z laboratorium substancję. Bohaterowie mający brać udział w misji to: Kapitan Ameryka, Czarna wdowa, Iron Man, Hulk oraz na doczepkę brat Lokiego, Thor. Ile osób, tyle temperamentów i pomysłów na rozwiązanie problemu. Ostatecznie „Boga oszustów” złapano i przetransportowano do latającej fortecy „S.H.I.E.L.D” Dochodzimy mniej więcej do połowy filmu i tutaj kończę swój opis. Robię to dlatego, że Avengersi są naprawdę dobrym superbohaterskim filmem i naprawdę każdy fan powinien go zobaczyć.
Nie jest to może poziom Iron mana, ale niewiele mu brakuje. Ten film ogląda się tak dobrze, jak czyta dobry komiks. Każda scena to animowany kadr, który jest przeniesiony na taśmę filmową. To dwie godziny solidnej rozrywki. Niech przekona was to, że Paulina, która raczej sceptycznie podchodziła do tego filmu powiedziała: „Cholera mogliśmy iść na to do kina.” Dla mnie, jako fana Marvela (może nie jakiegoś psycho fana), to naprawdę zacne kino łączące wątki z poprzednich filmów i zapewniające rozrywkę nawet osobom, które wcześniejszych historii nie znają (choć przyda im się małe wprowadzenie). Naprawdę solidny rozrywkowy odstresowywacz.
ONA:
Uwaga, będzie oficjalnie. Oficjalnie przyznaję się do tego, że popełniłam błąd. Tak, nie zdarza się to zbyt często (że popełniam błąd i że się do tego przyznaję – urok bycia jedynakiem), zatem gdy już się przytrafi – trzeba przyznać rację temu, kto ją miał. Dave namawiał mnie na pójście do kina, żeby zobaczyć „Avengersów”, ale jakoś nie było nam po drodze (nie żebym na to nie wpływała). Bo ja tego całego superbohaterskiego kina nie lubię, do mnie dociera tylko Batman, bo on jest zwykłym ludziem. Cała reszta, która powstała w wyniku napromieniowania, mutacji, zakażenia jadem, blabla, to jakaś dziwna forma bajek, stworzona, by i Amerykanie mieli jakiś bohaterów narodowych. Współcześni herosi słyną z obcisłych i tandetnych strojów, z dziwnych umiejętności, nabytych jeszcze dziwniejszą drogą, z broni, której działania nie umiem pojąć, no i z tego, że ZAWSZE wygrywają. I właściwie dalej nie wiem jak to się stało, ale w domowym zaciszu, w naszej przytulnej sypialni obejrzeliśmy ostatni film pana Whedona, naszpikowany do bólu bohaterskimi bohaterami i efektownymi efektami (czy może odwrotnie?). Oczywiście, toczy się walka pomiędzy dobrem a złem w sposób całkowicie odrealniony.
Ale nie chcę za bardzo wkręcać się w fabułę, bo była ona przykra i przewidywalna. Ja się skupię na bohaterach.
Zacznę od mojego ulubionego (od wczoraj) Tony’ego Starka, czyli Iron Mana. Po pierwsze, Robert Downey Jr. (ukochany od zawsze) wcielił się w tą postać REWELACYJNIE! Cwaniaczek, pijaczek, playboy, mega bogaty, któremu kilka wydarzeń w życiu odwróciło wszystko do góry nogami. Geniusz. Jest cierpki, jest wredny, przepełnia go sarkazm i ostre poczucie humoru. I nawet po włożeniu zbroi Iron Mana nie przestaje być ludzki. Opryskliwe teksty, pełne ironii i dowcipu czynią go najsympatyczniejszym bohaterem. I najprzystojniejszym.
Bruce Banner, który jest bardziej znany jako zielony stwór, bynajmniej nie ogr, Hulk, ma z kolei ze mną najwięcej cech wspólnych. I nie, nie mam na myśli fizycznych, tylko psychicznych. Ja też zmieniam się w potwora, jak się rozzłoszczę, ale Hulk szybciej się uspokaja. Banner jest młodym naukowcem, który pod wpływem ogromnych dawek promieniowania, stał się wielkim stworem, nad którym nikt nie panuje. Hulk z kolei w „Avengersach” wydaje się być najśmieszniejszy. On ma zawsze ostatnie słowo, które nie jest zwerbalizowane, ale siłowe. Hulk też daje radę, szczególnie w walce.
Kapitan Ameryka i jego bajceps odziany w latexowe wdzianko. Ta postać jest moim zdaniem jedną z tych gorszych, bardziej irytujących. Może temu, że on pochodzi z innej epoki, w której honor był najważniejszy? Był młodym wojskowym, który chciał walczyć na froncie WWII i który został włączony do tajnego programu, gdzie wszczepiono mu serum superżołnierza. A teraz powraca, by ze swoją wystylizowaną blond czupryną, ze swoim idealnie wyrzeźbionym ciałem, walczyć ze złem. Unosi się często swoją dumą amerykańskiego żołnierza, myślę, że prezydenci z filmów katastroficznych mogli się na nim wzorować.
Jest i też jedna kobieta, w tym całym superbohaterskim bajzlu i muszę przyznać, że najmniej podobała mi się ta postać, ale chyba przez Scarlett Johansson i jej brzydkie włosy. Czarna Wdowa umie mocno kopać, jest nieco wyrachowana, potrafi manipulować, w końcu jest kobietą. I tyle. Aaa, Dave mi wyjaśnił na czym jej superpower polega, ale chyba nie zrozumiałam.
Kolejny heros to Hawkeye. Najpierw był dobry, potem zły, ale w końcu przechodzi na jasną stronę mocy i walczy. Jego bronią jest wybitne oko i umiejętność strzelania z łuku. Trochę nuda. Plus prędzej czy później kończą mu się strzały.
No i na koniec bracia, ponoć z mitologii i dawnych wierzeń. Synowie Odyna: Thor i Loki. Thor jest młodszy, ale zgarnia wszystko: siłę, urodę, przychylność ojca, który wybiera go na swego następcę. Jest półbogiem, walczący młotem. Ba, nawet jeden z dni tygodnia został mu poświęcony. Loki natomiast jest odrzucony, do tego ma zakola, ale i siłę – w końcu on też jest boskim synem. To on sprowadza na ziemię obcych, którzy chcą ją rozwalić w pył.
I teraz mamy tak: superbohaterowie na Lokiego i jego świtę. Wiadomo, że wygrają dobrzy. Całość jest dość spektakularna i podoba mi się to, że w tym filmie łączy się kilka innych (np. Iron Man), jakby to jeszcze wyreżyserował Michael Bay, to urwałoby mi głowę z przegrzania. Film jest fajny, ale jedno MUSZĘ dodać. NIE OGLĄDAJCIE GO Z DUBBINGIEM!
Przy okazji mogłam w poczytać nieco o Universum Marvela, a teraz nie pozostaje mi nic innego, jak nadrobić pozostałe filmy, przy czym Iron Man idzie na pierwszy rzut. Wiadomo, Robert Downey Jr. Serduszka.
