ONA:

Od mniej więcej roku na szczycie filmów „biograficznych”, które zamierzam obejrzeć, stał dumnie „Wielki Mike” i ciągle było nam nie po drodze. I nie to, że mnie ten film nie ciekawił, ale Sandra Bullock w blond włosach średnio mnie zachęcała. No ale w końcu nie miałam gdzie zwiać i siadłam do tego dzieła, robiąc sobie te moje standardowe, wieczorne internety. Po jakiś 20 minutach praca poszła w kąt, a ja praktycznie do 3 nad ranem siedziałam z oczami wbitymi w monitor, z sukcesywnie podnoszącym się poziomem łez… „Wielki Mike” to bardzo fajnie podana historia, która łapie za serce, nawet, jak się go nie ma. Tak naprawdę mamy w tym filmie dwójkę głównych bohaterów. Z jednej strony tytułowy Mike – Michel Oher, a z drugiej – rodzinę Tuohy, w skład której wchodzą rodzice – Leigh Anne (S. Bullock) i Sean (Tim McGraw) oraz dzieci: S. J. i Collins. Ale tak naprawdę to dzieło opiera się na bardzo silnej więzi pomiędzy czarnoskórym olbrzymem i wyfiołkowaną, elegancką mamuśką. Mike to chłopak z problemami. Oscyluje na granicy upośledzenia, chociaż w jego wypadku mamy do czynienia przede wszystkim z wyobcowaniem, wykluczeniem i ogromnym zaniedbaniem. Nikt nie wie ile chłopak ma lat, ciągle jest przerzucany do kolejnych domów, szkół, ośrodków. Ma ogromne problemy w nauce, jeszcze większe w „socjalizowaniu” i każdy kolejny rok, kolejne miejsce, kolejni ludzie wokół niego tylko pogłębiają granicę pomiędzy nim, a całym światem. Mike nie ma przed sobą przyszłości, a przeszłość, z której wraca – była ciężka. I wtedy w jego życiu pojawiają się Tuohy’owie – sportowa i bardzo bogata rodzina, która mimo swojego statusu przygarnia chłopaka do siebie na jedną noc. A potem na kolejną. Więź, która zawiera się pomiędzy Michaelem a Leigh Anne staje się coraz mocniejsza, a cała rodzina wkrótce przyjmuje chłopaka do swojego grona, próbując przywrócić jego życie na właściwy tor. Widząc jego posturę i zapał szybko zauważają, że sport to jedyna szansa dla niego. Ale żeby dostać się do dobrej szkoły, trzeba też ruszyć nieco istotą szarą…

„Wielki Mike” to film, w którym wszystko ze sobą gra. Jest i komediowo, i obyczajowo. I możemy się pośmiać z życiowych sytuacji, i wzruszyć się, próbując jednocześnie rozluźnić zaciśnięte gardło i powstrzymać tę pierwszą łzę. Historia jest wręcz nierealna, a jednak – opiera się na autentycznych postaciach, wydarzeniach. To dzieło opowiada o tym, jak czasem niewiele potrzeba, by zacząć szerzyć dobro, by dać coś więcej i by uratować komuś życie, chociaż wcale tak to nie wygląda. Na tym łapiemy się dopiero pod koniec, gdy w szybkiej sekwencji poznajemy chłopaka z podobnych slumsów, któremu się nie udało. Poza tym „Wielki Mike” to film o podziałach i wyborach życiowych, o tym jak to fajnie być bogatym białym, a jak beznadziejnie biednym i kolorowym. To produkcja „sportowa”, chociaż sport sam w sobie jest jedynie tłem. No i najważniejsze: to film o szansie i miłości. Dużo się tu dzieje, ale równowaga jest zachowana. Najsłabszym elementem jest blond czupryna Bullock (swoją drogą – genialnej w tej roli), ale prawdziwa pani Tuohy nosiła taką fryzurę, więc…

Bardzo polecam.