ONA:
Adam Sandler i Ben Stiller to aktorzy, którzy przez kilka dobrych lat totalnie mi się plątali. Długo miałam problem z prawidłowym rozpoznaniem, aż doszłam do pewnego wniosku: Sandler to ten, który mnie śmieszy. Stiller – drażni i irytuje. No ale jakoś tak układa się, że od czasu do czasu „wpadam” na produkcję z Benem i bywa różnie. Jakież zstąpiło na mnie zdziwienie po ostatnim seansie, z nim w roli głównej, gdzie oczarował mnie totalnie!
Walter Mitty (Ben Stiller) pracuje jako „ten od negatywów” w magazynie Life. Ma bardzo fajną pracę, która chyba go nawet zadowala. Ale jest mnóstwo „ale”. Zacznijmy od tego, że Walter ma problem ze swoim życiem. Wpadł w totalną nicość – nic go nie cieszy, nie bawi. Ale – pan od negatywów ma jakąś dziwną umiejętność zatracania się w swoich marzeniach i dopada go to w najmniej oczekiwanych momentach. Oczywiście, w swoich wyobrażeniach jest totalnie inny, niż w rzeczywistości. Jego sny na jawie są obiektami drwin ze strony innych osób, szczególnie pewnego kolesia. Kolejne „ale”: magazyn, w którym pracuje nasz bohater, właśnie jest likwidowany. Do przygotowania pozostał jeden, ostatni numer, którego okładkę ma zdobić zdjęcie sławnego i podziwianego fotografia – Seana O’Connela (Sean Penn). Tak, negatyw nr 25 ma wieńczyć historię tego periodyku. I tu pora na trzecie „ale” – klisza gdzieś ginie. Termin wydania magazynu zbliża się nieuchronnie, a zdjęcia nie ma. Czy Walterowi się to podoba, czy nie – musi go znaleźć. Podczas jego długoletniej pracy nigdy nie dał ciała, wszystko robił perfekcyjnie. A tu, na odchodne, taka skucha. Błona musi się znaleźć. Najlepiej zapytać u samego źródła… Mitty wyrusza w spontaniczną i dziwną podróż, podczas której chce znaleźć autora felernego zdjęcia. I robi wszystko to, na co zabrakło mu odwagi dotychczas. Aaa! Po drodze jest też kobieta – apetyczna Cheryl.
„Sekretne życie Waltera Mitty” to strasznie urocze filmidło, które rozlewa się po nas w sposób rozkoszny, ciepły i zmuszający do refleksji. Ważne treści podano w sposób lekki, dowcipny, momentami rubasznie śmieszny – tak, są sceny, w których można dziarsko parsknąć. Ilość absurdalnych przygód, które „dopadają” głównego bohatera, odrealnia go do granic przyzwoitości, ale to zupełnie nie wypływa na jakość tego dzieła. Jest bardzo fajnie zagrany, ma genialne zdjęcia (podczas seansu googlowałam loty na Islandię – tak mnie zachwyciły panoramy i krajobrazy) i całkiem niezłą historię z drugim dnem. Myślę, że gdybym zestawiła go z „Poradnikiem pozytywnego myślenia”, właśnie historia Waltera o wiele bardziej do mnie dociera, niż film z Cooperem i Lawrence.
Zatem jeśli szukacie lekkiego dzieła, w sam raz na wieczór, lub jeśli macie ochotę na „kino motywujące” – sięgnijcie po Mitty’ego. Zrobi Wam dobrze.
ON:
Gdy w zeszłym roku na ekranach kin pojawił się wychwalany przez wszystkich „Poradnik pozytywnego myślenia”, spodziewałem się czegoś więcej, czegoś, co mogło być mniej przewidywalne, może ciekawiej opowiedziane, a może po prostu lepsze. Teraz, zupełnie dla mnie niespodziewanie, pojawia się inna opowieść, która porusza bardzo podobne problemy, a jej reżyserią zajął się Ben Stiller.
Muszę przyznać, że „Sekretne życie Waltera Mitty” jest jednym z najlepszych filmów, jakie przyszło mi kiedykolwiek oglądać. Nie dlatego, że jest on super wyjątkowy, ale dlatego, że każdy mały element tego dzieła jest dopracowany i przez to dostajemy tort, który „nie jest kłamstwem”. Porównałem film Stillera z ciastem, bo tutaj także mamy do czynienia z mieszaniem składników, mieszaniem w taki sposób, aby każdy kawałek był smaczny i strawny. Trzeba przyznać, że twórcom udało się to uzyskać zamierzony efekt i będę się kłócił z każdym kto myśli inaczej.
Walter Mitty to mężczyzna w średnim wieku, który pracuje jako spec od negatywów w znanym magazynie „Life”. Na co dzień mieszka samotnie, jego ojciec zginął, gdy Walt miał naście lat, a on sam dorastał z mamą i siostrą. Te dwie kobiety mają jakiś tam wpływ na jego życie, ale tak naprawdę pan Mitty jest niepoprawnym marzycielem. Jego codzienność jest dziwna przez to, że jest swoistym samotnikiem i nie spędza zbyt wiele czasu z towarzystwie innych osób, no i zdarza mu się wyłączyć. W takich chwilach fantazjuje. Staje się wtedy marzycielem, który baja o sobie jako postaci wyjątkowej. Walter ze snów to mężczyzna silny, odważny i interesujący. To superbohater, twardziel, gawędziarz, to człowiek, który nie boi się wyzwań i umie przeciwstawić się swojemu szefowi. Niestety, to wszystko jest o kant dupy rozbić, bo żadna wymyślona historyjka nigdy nie wydarzyła się naprawdę. Za każdym razem Walter ucieka z pola bitwy zwanego życiem z podkulonym ogonem.
Traf chce, że magazyn „Life” został wykupiony przez nowego inwestora, a co za tym idzie nadchodzą zmiany. Jedną główną jest to, iż czasopismo przejdzie całkowicie do sieci, bo bycie „online” nie wymaga posiadania tak ogromnego zespołu. W ten oto sposób zaczynają się cięcia i zwolnienia. W czasie gdy wśród pracowników panuje panika, bo obawiają się oswoją przyszłość, to jeszcze większy strach pada na Waltera Mitty. Do redakcji trafia klisza z fotografiami Seana O’Connella, to właśnie jego zdjęcie ma pojawić się na okładce ostatniego numeru. Chodzi o fotografię nr 25. Jest jeden problem – foto o tym numerze nie ma na kliszy, nie ma go nigdzie. Zdesperowany Walt zaczyna szukać fotografa widmo, gdyż chce dowiedzieć się z pierwszej ręki gdzie może znajdować się negatyw. Trafienie na trop reportera nie jest tak łatwe jak się wydaje, ale w ten oto sposób zaczyna się największa przygoda cichego i spokojnego specjalisty.
„Sekretne życie Waltera Mitty” urzekło mnie, spowodowało, że mam ochotę zapakować torbę i pojechać na Islandię, zamknąć się w domku nad fiordem i zapomnieć o codzienności. Opowieść, jaką nam serwuje scenarzysta i reżyser, to hołd dla “odważnych”, którzy nie potrafią zmienić swojego życia. Idealnie podsumowuje ją piosenka „Space Oddity” przewijająca się kilka razy w filmie. Musimy jak Major Tom wyjść z kapsuły i poczynić pierwszy krok w kierunku, który często nas przeraża.
