ONA:
Jestem wielką fanką filmów kostiumowych, które dzieją się w innej epoce. Szczególnie uwielbiam ekranizacje angielskich historii, typu „Elizabeth” albo „Kochanice króla”. Kocham te kiecki, w wypchanymi piersiami na wierzch, z wielkimi dołami, kryjącymi nawet największe tyłki. Zachwycam się koronkami, perułkami, pończoszkami, zarówno tymi u kobiet i u mężczyzn. Kocham tą dworską etykietę, flirciki, przyklejone piegi i menueta. Jaram się tym nieziemsko. „Księżną” dopadł Dawid, na jakieś totalnej wyprzedaży w Media Markt, za jakieś 3 zł. Z wielką radością zasiadłam przed telewizorem, z ukochanym i paczką ciastek, żeby spędzić 110 minut z tym filmem.
W recenzjach pojawia się ciągłe porównywanie tytułowej księżnej Georginy do Diany, bo obie młodo wyszły za mąż (i oba te małżeństwa były średnio posypane miłością), obie wierzyły, że mimo wszystko małżeństwo z wysoko postawionym panem, to najlepsze co mogło ich spotkać. Obie były jawnie zdradzane, upokarzane, obie były odrzucane przez mężów i kochane przez tłumy. Obie wytaczały trendy w modzie, łamiąc konwenanse. Obie były oddanymi matkami. I do tego obie usilnie szukały miłości.
Historia Diany jest znana ogólnie, skupmy się zatem na Georginie. Dostaje od losu szansę jak żadna inna młoda dama. Ma zostać żoną bogatego księcia, w tej roli Ralph Finnes, wieść cudowne życie w pałacu, rodząc mu kolejnych zdrowych następców i spadkobierców (oczywiście, liczą się tylko te dzieci, które dysponują w składzie siusiakiem). Pałac i bogactwo oczywiście jest. Ale po drodze mąż ją delikatnie mówiąc olewa, foszy, bo Georgina dopiero za 3cim razem daje mu syna, nie rozmawia z nią zupełnie. A ona? Im gorzej w małżeństwie, tym bardziej kochały ją tłumy.
Georgina jest w tym filmie przedstawiona jako postać totalnie tragiczna: mąż jej się średnio udał, przyjaciółka okazała się klasyczną dirrty slut, związek z kochankiem zdechł, ale w bardzo wysublimowany sposób, odebrano jej córkę.
Całość prezentuje się jak pospolite romansidło, zupełnie bez akcji. Przypomina mi to jakąś potrawę: niby zjeść ją można, niby wygląda ładnie, bo przybrane jest to w niezłe farfocle, ale w smaku jest mdłe.
Do obejrzenia na jeden raz.
Dla mnie to film o głupich babach.
ON:
Lord Voldemort żyje sobie w Anglii roku pańskiego 1774, jedyną rozrywką jaką posiada to psy, i młode kobiety. Harrego Pottera jeszcze nie było na świecie, więc się nie miał czym przejmować. Obok przemyka młoda, piękna Georgiana. Dziewczyna (tylko piersi jej brak) jakoś tak wpada w oko Voldemortowi, że ten postanawia ją poślubić. Rodzice panny są zachwyceni. Przecież to taka partia. W mgnieniu oka, na dworze księcia pojawia się i nowa księżna. Okazuje się, że jej zadaniem jest bycie fabryką dzieci. W końcu ktoś musi być następcą Voldemorta. Tak się zaczyna „Księżna”, film o kobiecie w czasach, gdy kobiety głosu praktycznie nie miały (mimo, że zdarzały się wyjątki)
Nie wiem co myśleć, ten film jest tak naprawdę o niczym. Taka sobie opowieść o miłości w dziwnych czasach, dworskich intryg, koronek i polowań. W czasach kiedy każdy z każdym szedł do łózka, za ogólnym przyzwoleniem. Historia jakich w kinie wiele. Mimo wszystko dało się go oglądnąć. Film nie zbliżył się jednak do moich ulubionych obrazów pokazujących podobne czasy „Rozważnej i romantycznej”, „Wichrowych wzgórz” i „Dumy i uprzedzenia”
Przy okazji film dostał Oscara 2009 za najlepsze kostiumy. Jak powiedziała Paula – to jak dostać nagrodę za 16 miejsce. No coś w tym jest.
Jeśli macie 130minut wolnego czasu to przeznaczcie go na inny film.
