ONA:
Nie lubię hip hopu, rapu, ale wszelkiego podobnego tałatajstwa. Nie lubię, po prostu. Nie siedzi mi muzyka, a teksty na ogół krzywdzą mnie w mózg. Okej, jestem świadoma, ba – doceniam nawet, że są twórcy, którzy nie gibają się na ławce i nie śpiewają o tym, że gibają się na ławce pod blokiem, jarają blanty, a ojciec bił ich kablem od żelazka. Ba – Pezet utworem „Spadam” doprowadził mnie do łez i do skrajnego poruszenia, ale to wyjątki. No nie przepadam…
Ale „Straight outta Campton” obejrzałam z ogromnym zachwytem.
Bo ja po prostu lubię kino biograficzne!
Dr. Dre, Eazy-E, Ice Cube, Mc Ren i DJ Yella. Spoko, znam 3 z tego zestawienia. W filmie przewijał się też gdzieś Snoop Dogg i 2Pac. Było wspomniane o Eminemie i 50Cent. Coś mi świta. Zanim ci panowie stali się sławni, zanim podbili rynek muzyczny, zanim stali się filarami hip hopu, zanim zdobyli światową sławę – byli bandą szczyli z ulic Campton. W tym filmie możemy zobaczyć ich drogę na szczyt. Ich wzloty, upadki, problemy i sukcesy. Teraz to już kawał historii.
Ten film ogląda się rewelacyjnie. Nawet tacy laicy w temacie tego gatunku muzycznego potrafią kojarzyć tu pewne fakty, pewne połączenia, kto z kim, dlaczego i kiedy. I to jest świetne, bo okazuje się, że nawet jako szczyle mogliśmy obserwować, całkiem możliwe, że trochę z przypadku, jak tworzy się historia.
Przepełniony fajną historią, świetnie zagrany, z muzyką, która może nie do końca łechta mój gust, ale nadal – to twórczość, a twórczość trzeba szanować. Absolutnym mistrzostwem było obsadzenie w roli Ice Cube jego syna, bowiem podobieństwo, mimika, ruchy i sposób mówienia sprawiały, że mój mózg wielokrotnie dawał mi impulsy typu „Czekaj, chwila. To prawdziwy Ice Cube?”
Całkiem możliwe, że wrócę do tego dzieła raz jeszcze.
ON:
Nie jestem wielkim fanem amerykańskiego hip-hopu, ale znam pseudonimy ikon, które zbudowały tę muzykę. Dr. Dre, Ice Cube, Easy-E. Wiem, że byli, że zaczynali, że tworzą nadal. To o nich jest długi, bo trwający prawie dwie i pół godziny „Straight Outta Compton”.
Gangsta rap, ten prawdziwy, wywodzący się z Zachodniego wybrzeża, był naprawdę gangsta. Młodzi, czarnoskórzy i bez perspektyw. To o nich jest ten film. Kilku kumpli, którzy zamiast siedzieć w szkole, szuka sposobu na życie. Tyle, że problemem nie jest to, co chcą robić, ale to, że są czarnoskórzy. Opowieść F. Gary’ego Graya w dość dobitny sposób pokazuje, skąd wzięła się ta cała złość i nienawiść, w śród tych osób. W „czarnych” dzielnicach kolesie z „klamkami” potrafią wejść do szkolnego autobusu, bo nie podoba im się pysk jednego z chłopaków. To chwile, w których często musiałeś wybierać, czy brać nogi za pas, czy dać się złapać gliniarzom za przejście w niedozwolonym miejscu? Tak naprawdę historia N.W.A czyli Niggaz Wit Attitudes, jest tylko pewnym tłem do opowieści o nietolerancji, zagubieniu, rasizmie.
„Straight Outta Compton” jest solidnie wykonaną biografią, pokazującą zmiany pomiędzy latami 80-tymi i 90-tymi. Budowanie legendy grupy, która zrewolucjonizowała „czarny” rynek muzyczny w USA. Bez nich nie byłoby tych innych, którzy teraz prężnie działają i tworzą. Film ogląda się naprawdę wyjątkowo dobrze. Wszystko dlatego, że historia została sfabularyzowana w sposób przystępny i naprawdę ciekawy. Warto, nawet jeśli nie lubicie hop-hopu.
