ONA:

No co ja na to poradzę? Mogę katować się ambitnymi filmami o emocjach. Mogę nawet szlochać na dramatach i niszowych filmach o bezrobotnych górnikach. Mogę szukać analogii i metafor w filmach, które są o życiu. Ale ja zawsze, nawet jakbym do końca życia miała oglądać tylko „Die Hard”, to i tak wybieram sensacyjne kino, w którym głównym elementem jest ROZPIERDOL.

W ubiegłym tygodniu jakoś tak bardziej mi było po drodze ze spokojnymi obyczajami, lżejszymi i cięższymi dramatami, i z takim bardziej babskim kinem… Więc to chyba normalne, że po takiej „diecie”, mój gust filmowy wręcz błagał, bym obejrzała coś, gdzie są wybuchy, strzelanki i najlepiej jakiś przystojny pan.

Proszę bardzo – „Londyn w ogniu”.

Zresztą, jakby tak popatrzeć na aktualny „rozkład” w kinach, to dość nędznawo jest, więc to była naprawdę perełka.

Mamy Mike’a Banninga (Gerard Butler) – prezydenckiego ochroniarza, który jakiś czas temu pojawił się w filmie „Olimp w ogniu”. Agent uratował życie głowy państwa i teraz panowie bardzo się przyjaźnią.

Sporo zmieniło się w życiu Banninga. Spodziewa się dziecka i usilnie próbuje rzucić swoją pracę, bo wszystkim wychodzi już ona bokiem. Urlop? Zapomnij. Prezydent Cię potrzebuje. Żonie możesz odmówić. Głowie mocarstwa – w życiu. I teraz znowu jest bardzo potrzebny. Otóż umiera premier Wielkiej Brytanii. To przecież największy sojusznik Stanów, więc prezydent musi być na jego pogrzebie. W jednej chwili w jednym miejscu będzie kilka najważniejszych głów różnych państw… Idealna okazja, żeby zrobić rozpiździel. Ochroną prezydenta Ashera (Aaron Eckhart) zajmuje się jak zwykle Mike i Lynne (Angela Basset). Procedury obmyślone, dodatkowe pary oczu doczepione – można lecieć, dbając o każdy, nawet malusieńki szczegół.

W Londynie jest już głowa Włoch, Japonii, Niemiec, Francji i wielu innych… I nagle… A co ja Wam będę tu kręciła… Nagle zaczyna się atak terrorystyczny. Idealnie zaplanowany, perfekcyjnie wykonywany. Umierają kolejni premierzy i prezydenci… Miasto staje nie tylko w płomieniach, ale i w panice… Banning stara się jak może, by utrzymać przy życiu swojego pracodawcę… A to wcale nie jest takie proste, bo jak się okaże – to właśnie Asher jest wrogiem numer jeden u terrorystów…

Tak, fabuła jest dziurawa jak pieron. Tak, cechą wybijającą się wśród innych, którymi można opisać to dzieło, jest brak logiki. Tak, wszystko tu jest dziwnie i patetycznie napompowane. Tak, bohaterowie z jednej strony są super krusi, a z drugiej – ci główni potrafią przeżyć katastrofę helikoptera. I tak – ogląda się ten film z ogromnymi emocjami i podekscytowaniem. Ja uwielbiam takie produkcje. Lekko komediowe, mocno sensacyjne, z fajnymi scenami walki, z rozpiździelem aż miło.

To idealne kino na odmóżdżenie.

ON:

I stało się – obejrzałem „Londyn w ogniu”. Dlaczego? Odpowiem w sposób inny, niż zazwyczaj.

Do kina na film „Londyn w ogniu” poszedłem bo:

  • uwielbiam kino akcji, pełne wybuchów, trupów, strzelanin, kopanin i innego typu badziewia, które powstaje tylko po to, aby cieszyć gawiedź. W starożytnym Rzymie siedziałbym na trybunie i darł ryja o więcej krwi i trupów, i o chleb,
  • lubię proste kino, pozbawione wciskanych na siłę przesłań i wartości, w dupie mam niemożliwe akcje. Co z tego, że główny bohater spadł z trzeciego piętra, a helikopter po bezpośrednim trafieniu ze stringera prawie wylądował o „własnych siłach”,
  • kocham amerykański patos, flagę łopoczącą na wietrze i walkę do ostatniej kropli krwi,
  • cenię sobie oglądanie widowiskowego kina akcji na dużym ekranie, a żaden telewizor i projektor nie oddadzą magii kina,
  • wierzę, że warto wspierać twórców i dystrybutorów, chociaż ceny biletów do kina czasem przyprawiają o ból głowy,
  • w chwili obecnej w kinie nie ma nic, co by mnie rzuciło na kolana,
  • po prostu lubię chodzić do kina.

Jeśli więc myślicie podobnie jak ja i nie wiecie jak spędzić wieczór lub weekendowe popołudnie, to polecam seans. Po prostu idźcie, kupcie sobie „naczosy” lub „popkorn” i cieszcie się niezobowiązującą rozrywką, która pokazuje, że kino akcji w starym stylu, zapoczątkowane przez Johna McClane’a nadal ma się dobrze!