ON:
Nie uważam się za smakosza popkulturowego, jestem trochę jak wesoły psiak, który merda ogonem, za każdym razem, gdy rzuca mi pod łapy kawałek szynki lub średniej jakości kość. Jaram się wybuchami, ale lubię też ciężki klimat dobrego dramatu. Nie ukrywam, że bawi mnie dobre kino, a denerwuje, gdy ktoś na siłę stara mi się wmówić, że gówno, to jednak czekolada Wedla. Niestety, tak kurde nie jest.
Gdy czyta, że w Wenecji na festiwalu „11 minut” Skolimowskiego zostało przyjęte owacyjnie, to mam ochotę wydłubać sobie oko i zatkać nim ucho. Rozumiem i cenię kunszt pana Skolimowskiego, ale nie bójmy się powiedzieć wprost, że jego ostatnie dzieło jest niesamowitym gniotem, który kopiuje wszystko z innych, nie tylko amerykańskich filmów. Motyw przeplatających się wzajemnie losów wielu postaci, był wałkowany w kinie już tyle razy, że zastanawiam się, czy nie czas najwyższy powiedzieć „STOP”. Gdy zabrałem się za seans na myśl przyszło mi fenomenalne „Amores perros”. Tyle, że Skolimowskiemu trochę daleko do Alejandro González Iñárritu. Może dlatego na koncie meksykańskiego reżysera są dwa Oscary.
Nasz rodzimy film jest po prostu taki, jakie jest w większości przypadków polskie kino. Oceniane na wyrost, zachwalane bez powodów i nudzące na wskroś. Skolomowski gubi się sam w swoim filmie. Bardzo niewyraźnie nakreślone postacie suną się po ekranie i starają się w jakiś sposób ratować tę opowieść. Jak to się mówi “z gówna bata nie ukręcisz” i tak też jest tutaj. Miałkość i nijakość przeplatają się z beznadzieją i nudą. Największym, karygodnym wręcz błędem „11 minut” jest to, że nie trwają 11 minut.
ONA:
Nie wiem co to było. Nie mam pojęcia co obejrzałam. Nie wiem jakim cudem ktoś zabrał się za robienie tego dzieła. Nie rozumiem czemu nazywa się go „ambitnym”, „innym”, „zachodnim”.
A no tak. Jerzy Skolimowski. Mam z Nim ogromny problem. Z jednej strony doceniam, a z drugiej, po „Essiential Killing” – skrajnie nie rozumiem. I znowu mam to uczucie. Panie Jerzy, pan ma kontakty. Pan umie. Pan jest znany. Niech Pan nie kręci takich filmów u nas. Kupa wychodzi. Kupa straszliwa!
I obiecuję, już nigdy nie będę narzekała na udźwiękowienie w polskich filmach, bo na „11 minutach” chciałam trzymać w uszach tampony. Podejrzewam, że bodźce dźwiękowe miały tu robić dodatkowe wrażenie. Tymczasem ja czekam na wizytę u laryngologa. Dźwiękowy ears rape w cenie kinowego biletu.
Podobno o tym filmie mówi się, że to wspaniały polski dreszczowiec. Inni twierdzą, że to „polska parodia” hollywoodzkiego kina akcji. Jedni zachwalają wielowarstwowość, inni przewrotność, jeszcze inni wspaniałe dopracowanie i grę. Ja po 2 km na basenie, na którym są 3 wycieczki rozwrzeszczanych dzieciaków, nie jestem tak zorana psychicznie, jak po filmie Skolimowskiego.
Najgorsze jest to, że ten film nie trwa 11 minut! Smędzi się, a te kolejne „zwroty” akcji są tak oczywiste, że można je przewidzieć dużo wcześniej. Skakanie po wątkach, bohaterach, usilne łączenie ich wszystkich w jedną całość – to tak skrajnie często się nie udaje, że naprawdę dziwię się, że ktoś ten motyw jeszcze wykorzystuje.
Podejrzewam, że ja i mój nędzny gust filmowy znowu nie zrozumieliśmy twórczości Skolimowskiego. I chyba raz na zawsze pożegnam się z jego działalnością reżyserską i scenograficzną.
P. S. Film z cyklu „Efekty specjalne tworzone w Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku. 15 lat temu.
