Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

400 Days

ON:

W nasze łapki wpadła produkcja o dość tajemniczym tytule „400 dni”. Ponieważ jest to film sci-fi, postanowiłem dać mu szansę. Każda kolejna minuta uświadamiała mi, że mam do czynienia z czymś, co można nazwać kpiną. Reżyser, będący jednocześnie scenarzystą, niejaki Matt Osterman, chciał chyba udowodnić, że zrobi najgłupszy i najsłabszy film w swojej krótkiej karierze. Udało mu się to! Brawo!

Opowieść otwiera intro. Jest ono naprawdę fajne i klimatyczne. Trzeba przyznać, że najlepsze w całej produkcji. Pokazuje ono stare filmy, przedstawiające pionierów kosmicznych podbojów podczas ćwiczeń, jest wypowiedź amerykańskiego prezydenta na temat lotów w kosmos, są inne ważne dla ludzkości wydarzenia związane z gwiezdnymi podróżami. Gdy intro się skończy dostajemy najgłupszy i najgorszy film sci-fi, jaki było mi dane obejrzeć. Mam na swoim koncie wiele produkcji, które były uznawane za nieoglądalne, np. „Xtro”, czy też „Dracula 3000”, jednakże tamte produkcje miały w sobie coś, co było tak złe, że można je zaliczyć do filmowego kiczu, który można obejrzeć i który po prostu śmieszy i bawi. W tej kategorii jest nieśmiertelny „Mutant” czy też „Cyborg”. Niestety, „400 dni” nigdy nie osiągnie tego poziomu. Nie będzie wspominane przez widzów, zginie w oceanie gównianych filmów.

Główny watek opowiada o czwórce przyszłych astronautów, który w ramach testu zamknięci zostają na 400 dni w podziemnym kompleksie. Stylizowany jest on na wnętrze statku kosmicznego. Każdego dnia będą odbywać symulację podobną do tego, co może zajść na pokładzie kosmicznego statku. Wyjść z tego miejsca mogą dopiero za 400 dni. Pierwsze tygodnie nie przynoszą niczego nowego. Wsadzenie na dość małą przestrzeń trzech chłopów i jednej atrakcyjnej laski wcale nie pomaga zachować spokoju, szczególnie, że jeden mężczyzn jest byłym chłopakiem pani doktor. Jednak pewnego dnia coś idzie nie tak. Załoga zaczyna mieć halucynacje, z zewnątrz dochodzą dziwne dźwięki, a na dodatek w kanałach wentylacyjnych pojawia się dziwny, człekopodobny stwór. O co do cholery chodzi? Gdy załoga postanawia opuścić atrapę pojazdu okazuje się, że na górze wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż by tego chcieli.

Jaki ten film jest zły! Beznadziejna gra aktorska, bezsensowne dialogi i durne komentarze skutecznie zniechęcają do dalszego oglądania tego dzieła. Jednak męczymy się, bo jesteśmy ciekawi, jakie będzie wyjaśnienie całej tej historii. Od razu powiem nie ma co się oszukiwać, tego wyjaśnienia nie będzie. Po prostu film się kończy i chuj!

ONA:

Macie czasami to uczucie, kiedy oglądacie film i tak, na ogół to filmy sci-fi, kiedy przez myśl Wam przechodzi „O kurde, a jak się za chwilę okaże, że to wszystko im się wydaje? Że śnią, że to, co przeżywają bohaterowie, to mistyfikacja?”.

I teraz takie mamy opcje:

a) faktycznie, rozszyfrowaliśmy film, czyli najpewniej fabuła była po prostu błaha, zero zaskoczenia,
b) mylimy się, czyli zawód, bo nie ma zaskoczenia, a film jest najpewniej nudny,
c) jest zaskoczenie. I to jest najsupier.

Niestety, „400 dni” to film, który jest równie zaskakujący, co umorusany nutellą czterolatek, próbujący nam wcisnąć, że to nie on zeżarł cały słoik kremu orzechowego. Odpaliłam go pod rower. I jak jest dobry film, taki, który porywa, to nawet nie wiem kiedy robię 30, czasem i 40 km. Tu myślałam, że zdechnę.

Film jest nudny, skrajnie oklepany, beznadziejnie nagrany i zagrany, a fabuła błaga o pomstę. Tak, zgodnie z tym, co napisałam wczoraj, pewni reżyserzy, scenarzyści, aktorzy powinni po zagraniu w takim szmelcu być stygmatyzowani na czole.

„400 dni” to film typu „Strata czasu”, „Hodowla jedwabników jest ciekawsza”, „Mierzenie ilości kurzu na półce jest bardziej wciągające”.