Barry Seal: Król przemytu – recenzja

Barry Seal Król przemytu - recenzja

Ostatnio mi się podobał melodramat, dziś będę zachwycała się filmem z aktorem, którego nie lubię ponad wszystko. Wniosek? Trzeba przebadać hormony, czy coś, bo mocno mi się odmienia. Za chwilę porzucę czekoladę na rzecz chipsów z jarmużu, albo innych mleczy…

Barry Seal: Król przemytu – recenzja

A tak na poważnie, to obejrzałam film „Barry Seal: Król przemytu” i cholera… dobre to było! A przez to, że historia mniej lub bardziej, ale jednak – opiera się na faktach, sprawiało, że miałam dreszczyk rozkoszy na szyi. Damn… czemu ja nie mam licencji pilota?!

Barry Seal miał jaja ze stali. Bo jak inaczej można opisać kolesia, który jednocześnie pracuje dla CIA i największych karteli narkotykowych? Mianownik był taki sam: chodziło o dragi. Tylko jedni chcieli otrzymać informacje, a drudzy chcieli opchnąć towar. Barry z powodzeniem robił i jedno, i drugie, taplając się przy tym w gargantuicznych ilościach pieniędzy, oszukując każdego, kogo tylko mógł, kombinując i licząc na to, że tym razem go nie złapią. Bo tak szczerze powiedziawszy – nie wiem czyja kara byłaby gorsza: czy agentów i organów prawa, czy wściekłych i skłonnych do wszystkiego bossów narkotykowych…

Nie ma co ukrywać: historia tego kolesia była dosłownie skazana na jakąś brawurową ekranizację filmową. I nie wiem czemu, ale bardzo mocno „łączę” go z Jordanem Belfortem, czyli „wilkiem” z Wall Street. Może chodzi o tempo, góry hajsu i igranie z wszystkim, z czym tylko można igrać?

Cholera, dobrze się to oglądało! Historia sama w sobie była turbo ciekawa i interesująca, ale to, w jaki sposób twórcy podali całość – jak jazda na rollercoasterze! Bez hamulców! Rewelacyjny montaż i praca kamery, świetne, ostre przejścia, muzyka, która sprawia, że wszystko przeżywamy jeszcze mocniej i bardziej, fajny humor i nawet ten nieszczęsny Tom aż tak bardzo mi nie przeszkadzał. Film jest ostry, trochę „szarpany”, zabawny i całkiem możliwe, że znajdziecie w nim nawet jakiś morał – ale jaki, to zostawiam własnej ocenie.

Ja na przykład – szukam szkół pilotarzu.

Tagi: Barry Seal: Król przemytu – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Paulina W

Podziel się postem
468 ad