ONA:
Filmy wojenne to coś, do czego nie trzeba mnie namawiać. Chyba częściej odmawiam zjedzenia czekolady, niż oglądania filmów, które dzieją się podczas II Wojny Światowej. Zresztą, z książkami mam podobnie. To jakiś taki mój „konik”…
Filmu „Głowa w chmurach” nie widziałam, ale są takie osoby, w moim życiu, którym ufam skrajnie i gdy pada jakiś tytuł, to ja wiem, że będzie to dobre.
Ten film to romans. Romans, trochę dramat, trochę kino wojenne. Gra tu przepiękna Charlize Theron, a dla wielbicieli zupełnie innej urody – dodano Penelope Cruz.
Gilda (Theron) poznaje Guy’a (Stuart Townsend) jakoś na początku lat 30. Iskrzy między nimi. Zaczynają ze sobą romansować. Wojna i nieco inne podejście do świata ich rozdziela. Ale po latach odnajdują się ponownie. Są w zupełnie innych miejscach życiowych, ale uczucie, pożądanie, fascynacja… to zdaje się nie mieć końca. To nigdy nie wygasło.
Bardzo przyjemnie ogląda się ten film, chociaż podczas seansu przeszły przeze mnie chyba wszystkie możliwe uczucia. Na zmianę kibicowałam bohaterom, nienawidziłam ich wyborów i byłam przerażona tym, że to dzieło może skończyć się nie po mojej myśli. Zastanawiające dla mnie jest to, że w Sieci trudno znaleźć jakoś wybitnie dużo informacji o tym dziele, ale chyba inne, bardziej spektakularne dzieła, po prostu go przyćmiły rozmachem. Ten film jest romansem, kinem bardziej babskim, ale to w żaden sposób nie wpływa na jego jakość. Snuje się przyjemnie, w swoim własnym tempie, a bohaterowie, a raczej ich wybory, od czasu do czasu wstrząsają fabułą.
To kino idealne pod napięcie przedmiesiączkowe, kiedy po prostu chcesz się wybeczeć, wyryczeć, kiedy masz ochotę żreć lody, czekoladę, połykać gorzkie łzy, bo właśnie teraz Twoje hormony urządzają sobie jakąś dziwną imprezę. Wątpię, że jeszcze do niego wrócę, ale sprawdziłam go w boju i mogę polecać dalej, właśnie na takie okoliczności.
Poza tym… Charlize… nie wiedziałam czy patrzeć jej w oczy, na linię jej figury, na to, jak składa usta podczas mówienia… I do tego podejrzewam, że zawsze idealnie pachnie… Nienawidzę suki. Zupełnie serio…
ON:
Chciałbym o tym filmie napisać dobrze, ale niestety nie mogę. To tak „babska” historia, tak dramatyczna opowieść o uczuciach i związkach, że dziwie się, iż nie dodawali tego obrazu do „Przyjaciółki”, czy też innego „Kuchennego blatu”. Całe szczęście jest też tutaj miejsce na opowieść o wojnie. Nie tej znanej i pokazywanej cały czas w „amerykańskim” kinie. Tutaj tłem jest wojna domowa w Hiszpanii, despotycznym Franco, wspieranym przez niemieckich i włoskich bojowników jednej i słusznej rasy.
Ten obraz byłby nijaki i właściwie jest taki, ale tylko w chwilach, gdy na ekranie nie ma Charlize Theron. To właśnie ona nakręca to kino, bez niej byłaby to kolejna wyidealizowana papka. Następnie mija chwila i znów pojawia się ona, piękna, zjawiskowa, boska. Zjada w tym filmie Penelope Cruz, która wygląda jak stara, hiszpańska baba.
Dziewczyny, Wy podczas seansu będziecie zachwycone. Romans podano tutaj na talerzu. Emocje będą Wami targać, a losy i wybory bohaterów na zmianę zachwycać i irytować. Panowie, Wy jeśli nie musicie, to nie oglądajcie tego dzieła, a jak już posuniecie się do tego czynu, to skupcie swoją uwagę na pani Theron, bo naprawdę warto.
