ON:

Jak będzie wyglądał koniec świata? Nie wiem. Mam nadzieję, że nigdy go nie zobaczę. Eistein powiedział: „Nie wiem jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na kije i kamienie”. Haldeman podtrzymał tę teorię w „Wiecznej Wojnie”. Ludzie sami się wykończą, doprowadzą do śmierci swojej, a także otaczającej nas przyrody. Matka natura jest twarda i da sobie bez nas radę, my bez niej – niekoniecznie. 

„The Rover” dzieje się 10 lat po incydencie zwanym „zapaścią”. Czym on był i co sprawił? Tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Australia stała się jeszcze bardziej sucha i niebezpieczna. W rozsianych po kontynencie domach i osadach żyją ci, którym udało się przeżyć. Czy jest to życie, czy już wegetacja? Trudno ocenić. W przydrożnych sklepach/stacjach nie jest już jak dawniej. Każdy boi się o własną skórę, bowiem grupy świrów, którzy potrafią zabić za kilka konserw, to normalka. W tym miejscu, w świecie, gdzie ostatnie zasady i reguły umarły, wraz ludzką godnością, poznajemy Erica. Faceta, za którego nie damy 10 centów. Brudny, zarośnięty, zupełnie zrezygnowany, siedzi w swoim samochodzie stojącym obok rozpadającego się sklepu. W ciszy opuszcza auto, zamyka je i idzie uzupełnić potrzebne mu zapasy. W momencie, gdy on przebywa w budynku, trzech facetów kradnie jego auto. Sami porzucają lekko zdezelowanego terenowego dżipa. Każdy normalny facet pewnie olałby sprawę, ale nie ten koleś. Wsiada porzucone auto i zaczyna podążać za złodziejami.

„The Rover” to stu minutowe kino drogi z postapokalipsą w tle. To dzieło, którego siłą są trzy elementy: pierwsza, to Guy Pearce, który idealnie wciela się w rolę faceta, który stracił wszystko i na niczym mu już nie zależy. Drugim z elementów jest scenariusz tego dzieła, które jest bardzo, ale to bardzo artystyczne, jak na taką opowieść. Trzecia to scenografia, która pomimo swojej zwyczajności ma diabelnie dobry klimat. Nie można też nic złego powiedzieć o zdjęciach, które niby są zwykłe, ale coś w nich jest. Pasują do całego obrazu.

Przez 100 minut poznamy Erica i jego tajemnicę, poznamy Raynoldsa, którego zagrał Pattison. Wiem, że zostanie on do końca życia smutnym Edwardem, ale trzeba przyznać, że poradził sobie ze swoim bohaterem. W świecie bez zasad każdy, kto ma broń, może ustalać nowe prawa. W tym samym świecie, każda osoba z bronią może przeciwstawić się tym prawom.

„The Rover” to kino specyficzne, artystyczne i pełne niedopowiedzeń. Dla mnie warte obejrzenia, nawet dla samego surowego klimatu.

ONA:

Taaaa, film „ambitny”, „metaforyczny”, „inny”. Na samą myśl bolą mnie zęby. Do tego dołóżmy kolejną frazę – „film z Pattisonem”, którego nie znoszę i który dla mnie brokatu po Edwardzie nigdy nie zmyje, nawet jak nagle stanie się mega alternatywnym aktorem, grającym tylko w niekomercyjnych dziełach, bo sorry, może i jest dobry, może i nawet jest przystojny, ale nie potrafię pokonać mojego pierwszego skojarzenia. Ckliwy, zachowujący się jak baba na hormonach, wampiro-podobny twór, którego klata jest wątła, za to brokatowa, a „lodówka” wypełniona jest wampirzym „tofu”.

Przyznaję się bez bicia: podczas oglądania filmu miałam nie tylko myśli samobójcze, ale i ogromną ochotę by wydłubać sobie oczy. Nie rozumiem kina ambitnego, męczy mnie ono i nuży, nie wspominając już o tym, że na ogół jedyną emocję, którą czuję po seansie, to ulga – że to się skończyło. Co ciekawe, „The Rover” to film, który początkowo był bardzo męczący, ale za to z takim zakończeniem, że nie sposób powstrzymać opadającej szczęki i kilku łez, które uciekły z kanalika, wprost na oko i potem policzek, by skończyć ze smarkami w rękawie Dawida…

Australia upadła. Ten kontynent na końcu świata, zawsze był bardzo „inny”. Tam wszystko jest inne: życie jest inne, ludzie są inni i nawet trzeba uważać przy korzystaniu z toalety, by nie zeżarł Cię pająk o wielkości pięści, który sobie tam spokojnie dryfował. Po zapaści to miejsce stało się wyjałowioną pustynią, bez szans, bez „cywilizacji”, bez nadziei. Od dekady toczy się tam walka o przetrwanie. Życie stało się wojną. Ulice prute są przez uzbrojone bandy, a Ci, którzy zostali, żyją jak w fortecach. Naszym pierwszym, z dwóch bohaterów, jest Eric (Guy Pearce), który rusza za zwyrolami, którzy ukradli jego samochód. Chcąc być bardziej „skuteczny”, bierze zakładnika – Reya (Robert Pattison), brata jednego z tych, którzy przywłaszczyli sobie jego własność. Ma nadzieję, że wymieni go na samochód, który najwyraźniej ma dla niego naprawdę sporą wartość.

Umęczyłam się strasznie. Ciężki klimat, ludzie, którzy są źli do szpiku kości i te resztki, w których ledwo tli się człowieczeństwo. Dużo przemocy, takiej najgorszej. Dużo brudu, strachu. Dużo beznadziejności, która jest głównym elementem budowania nastroju i klimatu… Mocny finał, bardzo wzruszający. Trudno jednoznacznie ocenić mi ten film tak od A do Z. Jeśli zatrzymałabym się gdzieś w okolicy litery „T”, to napisałabym, że przekombinowany i męczący. Natomiast dotarłam do końca i z przerażeniem stwierdzam, że mimo Pattisona, to bardzo dobra produkcja. Zresztą, ja wyję tylko na dobrych filmach. Np. „Mamma mia!”