ONA:

Był taki moment w moim życiu, gdy namiętnie oglądałam kino obyczajowe. Dramaty były zbyt mocne, sensacje mnie denerwowały, bo były zbyt intensywne, za sci-fi i kinem superbohaterskim wtedy jeszcze nie przepadałam, no i ile można oglądać komedii, które w pewnym momencie przestają bawić. Obyczaje, szczególnie te całkiem sensownie zrobione i wyważone, gdy opowiadają fajną historię, potrafią być fajnymi, szalenie niezobowiązującymi produkcjami. Plastry na rany. Wyciszacze. Środki wyłączające mózg. Niestety, moja sympatia do obyczajów minęła, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że to właśnie ten gatunek najłatwiej spartaczyć. Nie może być zbyt śmieszny, ani zbyt poważny i bolesny, a i czasami aktorzy, mając jakąś małą lukę w grafiku, biorą pierwszy lepszy obyczaj i grają tak, jak gdyby uczyła ich Kasia Cichopek czy inna Ania Mucha.

Ale trafiłam zupełnie przypadkowo na ten film i przyznam się szczerze – mimo skrajnie oczywistej fabuły, bardzo prostej i takiej od A do Z, było sporo momentów, które mnie powaliły na kolana. A historia, którą opowiedziano w „Just before I go” dotyczy zaplanowanego samobójstwa.

Ted (Seann William Scott) to mężczyzna, od którego odeszła żona, cały sens jego życia. Jest tym zdruzgotany. Jak może bez niej żyć? No właśnie, nie może. Nie ma to zupełnie sensu. Co postanawia? Otóż postanawia się zabić. Ale zanim to zrobi, chce załatwić kilka spraw na starych śmieciach. Komuś trzeba podziękować, komuś innemu – wpierdolić. Przez jakiś czas będzie musiał żyć z rodziną swojego brata… Niby idealny obrazek: szczęśliwe małżeństwo, pocieszne dzieciaki… Ale to tylko obrazek, hologram, którego usilnie bronią, mając świadomość, że wszystko się sypie…

Po drodze Ted spotyka uroczą dziewczynę. Wiadomo.

I jak myślicie? Zmieni zdanie? Naprawi relacje? Pomoże? Pojedna się z dawnymi znajomymi? Zdąży?

Bardzo przyjemnie się to ogląda. Scott jako „ktoś inny niż Stifler” sprawdził się rewelacyjnie. Chociaż jego postać jest takim zbitym psem, którego życie przeciągnęło po żebrach, to i tak wnosi sporo „radości”. Mimo dość dramatycznego zabarwienia, bo przecież jest tu samobójstwo w tle, ukryty homoseksualizm, nienawiść małżeńska, choroba, pojawiają się także takie małe, zabawne „iskierki”, które autentycznie bawią.

Lekkie, niezobowiązujące kino. Przyjemniaczek. Dla fanów filmów o życiu. I dla tych, którzy lubią masturbujące się we śnie milfy.

ON:

Muszę przyznać, że Paula potrafi wybrać filmy, które potrafią do mnie trafić. Ściskają za serce, są ciepłe i bardzo życiowe, chociaż czasem przekoloryzowane. Taki był między innymi „Chef”, takie były „Najlepsze najgorsze wakacje” i taki jest „Just before I go”.

Zacznę może od tego, że główną rolę w tym filmie gra nikt inny, tylko Seann William Scott, znany bardziej jako Stifler z serii ‚American Pie”. Najlepsze jest to, że on zagrał tutaj zupełnie inaczej -w sposób odbiegający od tego, co pamiętacie z kretyńskich komedyjek. Nie chcę się tutaj rozpływać w zachwytach, bo jego rola nie była oscarowa, ale trzeba przyznać, że naprawdę bardzo dobrze mi się śledziło jego poczynania w tym filmie.

Ted Morgan (Seann William Scott) to koleś, który z małego miasteczka przeprowadził się do wielkiej metropolii. Wszystko dlatego, że jego młodzieńcze życie, czasy kiedy chodził do szkoły, a później do liceum, nie wiązały się z dobrymi wspomnieniami. Chcąc przed nimi uciec po prostu wziął dupę w troki i wyjechał. Jego dorosłe życie było przeciętne. Pracował w sklepie dla zwierzaków, na średnim stanowisku, miał średnie mieszkanie i średnie oczekiwania od życia. Pewnego dnia spotkał piękną dziewczynę, z którą starał sobie ułożyć życie. Niestety, nie udało się. Po tym jak po raz kolejny jego życie legło w gruzach Ted postanowił wrócić na stare śmiecie, uporządkować swoje sprawy, a następnie się zabić. Dlaczego? Bowiem nie ma tak naprawdę po co żyć, a jego egzystencja jest wymuszona. Robi więc listę osób, z którymi chce się zobaczyć, z którymi musi porozmawiać, a później…

„Just before I go” to strasznie ciepłe kino. Nie jest typowym, nudnym obyczajem. Dużo tutaj elementów komediowych, które pozwalają podejść do opowieści z lekkim przymrużeniem oka. Okazuje się bowiem, że w małej mieścinie także pojawiają się problemy, które nie są wcale takie łatwe do rozwiązania. Czasami gapimy się na czyjeś podwórko, a własnego nie jesteśmy wstanie przypilnować.

To film o utraconych nadziejach, o rozliczaniu się z przeszłością i poznawaniu samego siebie. Film, który jest naprawdę bardzo sympatyczny.