ONA:

Ten film zawiera dwa elementy, za którymi ja nie przepadam. Pierwszy, to apokalipsa. Jakoś nigdy to nie leżało w obszarze moich zainteresowań. Nie wiem, może mnie to po prostu przeraża i dużo łatwiej ogląda mi się filmy z rozpiździelem, niż z tym, co po tym rozpiździelu zostanie. Drugi element to religijność. No cóż, chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego.

A jednak „Book of Eli” bardzo mnie poruszył. No cóż, jak widać nie zawsze trzeba zamykać się w swoich preferencjach.

Eli (Denzel Washington) przemierza świat, a raczej to, co po niemu zostało. Nie zostało zbyt wiele. Kiedyś wyrzucaliśmy produkty, które kupowaliśmy w ogromnych ilościach, a dziś walczymy o każdą z nich. Świat został ogołocony. Człowieczeństwo przestało istnieć. Liczy się kilka rzeczy, a wśród nich dostęp do wody, do dobytku sprzed wielkiej tragedii. Kto by pomyślał, że w tamtym świecie walutą może być na przykład… szampon.

O Elim nie wiemy zbyt wiele. Ale z każdą kolejną sceną „opowiada” nam coś o sobie. „Opowiada”? Nie, to chyba zbyt duże słowo. On sprawia, że my zaczynamy dopowiadać coś sobie. Jest odważny, moralny. Skrywa tajemnicę. Potrafi się obronić. Ma swój kodeks wartości. Zna „cenę” wielu rzeczy. On, wyjałowiona, kompletnie zrujnowania ziemia. Ludzie, których napotyka, już dawno przestali być ludźmi. To mordercy, którzy bez mrugnięcia gwałcą, rabują, mordują. Ale Eli ma broń i potrafi z niej skorzystać.

W pewnym momencie Eli trafia do „miasteczka”, którym twardą ręką rządzi Carnegie (Gary Oldman). Ma on w posiadaniu największy skarb, czyli wodę, ale marzy o czymś innym. Marzy o książce, która uczyni go najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Ponoć został tylko jeden egzemplarz…

I tak się (nie)szczęśliwie składa, że w posiadaniu tej książki jest Eli.

Atmosfera się zagęszcza. Carnegie chce za wszelką cenę zdobyć ten skarb. Ta książka ma potężną moc, siłę tak wielką, że przyciąga ludzi… Na jej okładce jest symbol krzyża.

Nie mam zbyt wielu zastrzeżeń, jeśli chodzi o ten film. Jest świetnie, bardzo klimatycznie zrealizowany i zagrany, ma poprawne zdjęcia, montaż, muzykę, kostiumy. To wszystko ciekawie oddaje postapokaliptyczny świat, w którym jeszcze żyją jakieś jednostki. Zarówno Washington, jak i Oldman, no, nawet Mila Kunis, która też tu się pojawia, grają fajnie. Natomiast ja mam gigantyczny problem z tym, że książką, o którą tu chodzi jest… biblia. To chyba w moich podejrzeniach była ostatnia pozycja, ale w sumie, biorąc pod uwagę cały film – ma to nawet sens. Tylko nie dla mnie.

Film ciekawy, nie ma co.

ON:

Apokalipsa nie zawsze musi oznaczać śmierć wszystkich żywych istot. W popkulturze post-apo ma się dobrze. Raz na jakiś czas twórcy zaskakują nas kolejną produkcją, która pokazuje następną wizję przyszłości. Tak też jest w przypadku „Book of Eli”.

Dla mnie film ten ma tylko jedną wadę. Zbyt hermetycznie trzyma się chrześcijańskich korzeni. Księga, którą niesie przez zniszczone Stany główny bohater, nie jest uniwersalną kartą mówiącą o tym jak żyć w zniszczonym świecie. Wychodzi bowiem na to, że gdy wszystko „się rypnie”, pozostanie nam modlenie się do jedynego „słusznego”, chrześcijańskiego boga. Jest tu też druga strona medalu. Film braci Hughes dotyczy w głównej mierze wiary. Pokazuje, że Biblia może mieć wartość budowania, jak i niszczenia. Wszystko zależne jest od tego, w jakie ręce ona wpadnie. Jeśli Biblia jest tylko symbolem, to „Book of Eli” ma zupełnie inny, większy wymiar, niż by się tylko zdawało. Te dwie strony wiary świetnie pokazują główni bohaterowie oddany „słowu” Eli oraz psychopatyczny, żądny władzy Carnegie.

To nie jest zły film, może zbyt wyidealizowany i ze zbyt pozytywnym, jak dla mnie zakończeniem, ale mogę go zaliczyć do jednej z ciekawszych opowieści mających „koniec świata” w tle.

Book of Eli – recenzja, marudzenie