Powiernik królowej - recenzja

„Powiernik królowej” to film, który musiałam obejrzeć. Bo mam mocną wkrętkę w brytyjskie królowe i bardzo lubię dowiadywać się o nich czegoś więcej. Poza tym, czasami dobrze jest „oddać” wyobrażenie komuś innemu, by potem obejrzeć całkiem ciekawy film. Tak było z „Elizabeth”, a teraz z „The Crown”, tak też jest w przypadku historii Wiktorii i jej przyjaciela.

Powiernik królowej – recenzja

Bardzo często filmy „o koronie” są takie słodko-gorzkie. Bo z jednej strony mamy przepych, bogactwo, klejnoty i służbę, a z drugiej… no cóż, ponoć pałace są miejscami bardzo zimnymi, pod każdym względem.

Królowa Wiktoria w tym filmie jest już bardzo sędziwa. Jej syn przebiera nogami, by wreszcie starowinka odłożyła berło i wreszcie on zasiadł na tronie, ale tu dzieje się coś niebywałego. Na dworze pojawia się hindus – Abdul Karim, a w żyłach monarchini krew zaczyna szybciej płynąć. Kobieta po raz kolejny nabiera wigoru i energii, co oczywiście większość dworu doprowadza do palpitacji.

Bo jak to? Hindus, muzułmanin? Z żoną, która ukrywa się pod tkaniną? Z niepewną przeszłością? I on nagle zostaje nie tylko prywatnym sekretarzem, ale i powiernikiem i przyjacielem najpotężniejszej królowej?

Film dla mnie był niebywale wciągający i interesujący. On pokazuje coś więcej, poza oczywistością. Mamy tu całą paletę uczuć i pragnień, tych dobrych i tych złych, najgorszych. Plus ten ponadczasowy morał, że czasami, szczególnie gdy „masz wszystko”, to najbardziej potrzebujesz czasu lub innego człowieka.

To taki ciepły film o przyjaźni mimo wszystko i pomimo wszystkich. To opowieść o tym jak ważne w życiu jest to, by otaczać się dobrymi ludźmi, bo to oni pchają nas do robienia czegoś wielkiego. To także film o samotności wśród tłumu. Spokojny, chociaż we mnie budził wiele emocji. Ciekawy, bo pokazuje spory kawałek brytyjskiej historii. No i taki do spoglądania wgłąb siebie.

Tagi: Powiernik królowej – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów