ON:
Wczorajszy dzień był jedną wielką sraką – cały czas intensywnie i męcząco. Po takim zapierdzielu w ramach wieczornego seansu potrzeba było oglądnąć coś lekkiego i przyjemnego. Padło na „Ralpha Demolkę” – bardzo sympatyczną animację o grach, dla graczy, ale i nie tylko. Niestety, tylko gracze wyłapią smaczki związane z branżą komputerowo-konsolową i im bajka sprawi najwięcej frajdy.
Cala historia dzieje się w salonie gier komputerowych. Wielu za was na pewno pamięta takie z lat swojej młodości, kiedy to za złotówkę wrzuconą do wnętrzności automatu, dostawaliśmy w zamian kilka, czasami kilkadziesiąt minut zabawy. Wszystko zależało jak byliśmy dobrzy w te klocki. We wspominamy salonie znajdziecie wiele automatów, które w ciągu dnia służą wiernie ludziom, a w nocy każdy z bohaterów może przedostać się do innej gry, aby pogadać, napić się i zabawić. Podróż odbywa się poprzez kable, podłączone do listwy zasilającej (stacji centralnej). W tym miejscu zawsze panuje ogromny tłok, gdyż część podrużujących leci do Tappera na jedno zimne, czasami ktoś jedzie na spotkanie anonimowych złych bohaterów itd. Właśnie na spotkaniu grupy wsparcia negatywnych postaci poznamy Ralpha Demolkę. Na co dzień „pracuje” on w automacie będącym połączeniem „Donkey Konga” i „Rampage”. On nawala łapami wielkimi jak łopaty w ściany, okna i dach budynku, przy okazji strasząc jego mieszkańców, a oni czekają na ratunek, który przychodzi w postaci Feliksa Zaradzisza – złotej rączki, pana, którego magiczny młotek naprawi każdą zniszczoną rzecz. Ralph nie miał by problemu gdyby nie to, że z racji bycia tym złym nikt go nie lubi. Felix non stop się z kimś spotyka, ktoś przynosi mu ciasta, a za każdą udaną naprawę dostaje złoty medal. O takim życiu marzy Demolka, o chwili kiedy nie będzie mieszkał sam na śmietniku i będzie miał z kim pogadać. Najgorsze jest to, że dziś przypada 30 rocznica urodzin jego gry. Wracając po spotkaniu widzi, że w budynku wszyscy świętują, a on jest sam jak palec. Postanawia wpaść na imprezę i też choć chwilę poczuć się lubiany. Jego pomysł okazuje się tragiczny w skutkach. Wszystko prowadzi do tego, że Ralph opuszcza miejsce swojej pracy i szuka szczęścia w innym automacie.
Jego wybór pada na grę „Ku polu chwały”, takiej mieszance „Gears of War” i „Halo”, ale ten wybór nie był do końca trafny i doprowadził do małej katastrofy. Opuszcza ten tytuł z ogromnym hukiem i obrzydliwym robalem, który w przyszłości może siać zagrożenie w cyfrowym świecie. Kapsuła, którą się wydostał z „Ku polu chwały”, wylądowała w „Mistrzu cukiernicy” – cukierkowym, kolorowym tytule wyścigowym. Tutaj wpada na irytującą, posiadającą „bugi” Venellopę. Okazuje się, że ta dwójka jest siebie warta i zrobi wszystko, aby każde z znich dotarło do wyznaczonego celu.
„Ralp Demolka” jest sympatyczną animacją, nie jest wybitna, ale ogląda się ją dobrze. Sęk w tym, że osoby bez wiedzy „growej” nie wyłapią pewnych smaczków, których w całym obrazie jest mnóstwo. Ale nawet bez nich ogląda się to w miarę dobrze, niekoniecznie w kinie.
ONA:
„Wreck-It Ralph” poleciły mi moje dzieciaki. Jeśli chodzi o bajki – jestem bardzo do tyłu. Nie widziałam 90% produkcji i szczerze powiedziawszy, póki ktoś mi nie zaproponuje „Obejrzyj taką i taką bajkę”, to zwykle nie ma pojęcia o ich istnieniu. Najbardziej cenię sobie historie, które są niebanalne. Żadne tam księżniczki i inne ckliwo-błahe historyjki. Zatem opowieść o złym bohaterze rodem ze świata gier – stwierdziłam, że muszę to zobaczyć. Dejw nawet nie protestował.
Ralph jest wielkim, pikselowym gostkiem, który ma łapy jak niedźwiedź i który zajmuje się psuciem. Właśnie do tego sprowadza się jego rola w grze. On niszczy, a po nim wbiega radosny Felix ze swoim magicznym młotem i wszystko naprawia. Ralph to ten zły, nikt go nie lubi, wszyscy odrzucają, a Felixa się kocha i podziwia. W 30 urodziny gry Pan Demolka postanawia coś zmienić. On chce w końcu rzucić swoją rozwalającą fuchę i zostać dobrym bohaterem. Najpierw musi zdobyć medal, a jak się jest pikselowym ludkiem, który żyje w automacie do gier – to to wcale nie jest takie proste. I gdzieś tam po drodze trafia do różnych innych światów. A to walczy z robalami, przy boku pięknej pani sierżant, a to ląduje w słitaśnie różowej krainie, stworzonej ze słodkości, gdzie poznaje na wskroś irytującą małą Venellope. Cały główny wątek kręci się wokół przemienienia Ralpha z tego złego, na tego dobrego. Czy mu się uda? Bez spoilerów…
Zupełnie inaczej oglądało mi się tą bajkę niż Dawidowi. On co chwile wręcz podskakiwał, kiedy rozpoznawał kolejnych bohaterów, których zna z gier. Ja się momentami nieco nudziłam. Całe tło, czyli świat kolejnych gier, bardzo pieściło moje oczy, czasami nawet się śliniłam, ale mimo wszystko klasyczna bajka, która ma słodziuchny happy end. Sam pomysł wydawał się ciekawy i zaskakujący, bohaterowie byli i śmieszni, i karykaturalni, ale coś mi się to wszystko ciągnęło za bardzo. W polskim dubbingu odkopano kilka fajnych głosów i o ile Olaf Lubaszenko był zupełnie przeciętny, tak Jola Fraszyńska zmiażdżyła system i zwaliła mnie na kolana. Jej głos sprawił, że Vannelope była jeszcze bardziej BARDZIEJ.
Bajka jest jak najbardziej i dla małych, i dla większych. Ci pierwsi będą cieszyć się do ekranu, bo historia jest ładna i sympatyczna, ci drudzy będą szczerzyć się, gdy rozpoznają kolejną postać. Osoby, które odróżniają Pac Mana od Danny’ego DeVito pewnie bawiły się o wiele lepiej niż taki przeciętny znawca gier, który wie, że Mario po grzybach rośnie. Tak to było?
