ONA:

Z wszystkich psycholi, których przerobiłam książkowo i filmowo dr Hannibal Lecter jest moim ulubionym! Nie trudno się zatem dziwić, że na serial o tym bohaterze czekałam, czekałam i w końcu się doczekałam!

Cała historia dzieje się długo przed „Czerwonym smokiem”, „Milczeniem owiec” i „Hannibalem”. My już wiemy kto zabija i jakie będą jego dalsze losy, ale i tak serial ogląda się świetnie, z kilku powodów, o których napiszę za moment. W każdym razie, mamy 3 głównych bohaterów. Will Graham (Hugh Dancy) to tzw. „FBI profiler”, który analizuje kryminalne sprawy, by rozpracować złoczyńcę pod kontem jego psychologii, zachowań. Graham jest w tym dobry. Cholernie dobry. Ma talent. Ale czy to tylko talent? Wielokrotnie w serialu pada stwierdzenie, że jest niestabilny. Mam za sobą 5 lat studiów, na których co prawda nie przerabialiśmy takich przypadków u dorosłych, ale spektrum autyzmu, czy Aspargera to trochę kluczowe nazwy, jeśli chodzi o diagnozę tego agenta specjalnego. Will posiada ogromną „empatię”, przy czym nie wiem czy jest to dobra nazwa na umiejętność wczuwania się w psychikę… psychopatów i morderców. Ma ogromną wyobraźnię, a ciągłe zapalenie mózgu, z którym się boryka, wpędza go w coraz bardziej realne haluny. Jest intensywnie, jest psychodelicznie, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. W tym momencie warto też wspomnieć, że na pierwszy rzut oka Will jest totalną pipuchą, która nie potrafi radzić sobie nie tylko ze swoją psychiką, ale i życiem jako takim. Ma intuicję, pomaga zwierzętom, próbuje nawiązać bliższą relację z pewną kobietą, ale póki co tylko jego psychiatra jest jego jedynym powiernikiem. A lekarzem od jego umysłu jest nikt inny, jak sam geniusz zła, człowiek o wysmakowanym guście, smaku i wrażliwości, esteta, koneser, erudyta, osoba niezidentyfikowana pod względem seksualności – dr Hannibal Lecter (Mads Mikkelsen). Bardzo ważną postacią jest również kolejny agent, Jack Crawford (Laurence Fishburne), który dowodzi akcją, mającą na celu złapanie psychopaty. Jest dobry w tym co robi, ma ogromne doświadczenie, ale nie sposób olać faktu, że przy tej sprawie jest wodzony za nos. A o co chodzi? Otóż jest ktoś, kto w bardzo spektakularny sposób zabija. Ta osoba jest ostrożna, nie pozostawia śladów. I co najgorsze, Will nie potrafi jednolicie wejść w jej umysł. Tu z pomocą przychodzi najlepszy psychiatra w kraju. Od początku ta współpraca polegała na zderzaniu zupełnych przeciwności: rozchwiany coraz bardziej Will i posągowo spokojny Hannibal, co niestety, nie wróży nic dobrego, ale koniec końców razem zaczęli działać, a połączone siły mają zaprowadzić FBI wprost do seryjnego mordercy. Oczywiście agencja nie ma nawet minimalnych podejrzeń, że znany doktor nie tylko zabija ludzi, ale też ich zjada. Każdy odcinek to kolejna sprawa, a całość łączy się w jedną, morderczą grę…

No i teraz przychodzi ten moment, kiedy wypadałoby napisać coś opiniotwórczego, prawda? „Hannibal” jest bez najmniejszego wątpienia serialem tego roku. Jest perfekcyjny.  Jest przede wszystkim genialnie zagrany. Hugh Dancy w końcu przełamuje beznadziejną passę filmową, bowiem od jakiegoś czasu jego kreacje kręciły się wokół błahych ról. A to profesjonalnie zajmował się robieniem dobrze babom, a to walczył z zakupoholiczką, że już nie wspomnę o jakże beznadziejnym filmie, jakim był „Klub miłośników Jane Austen” czy coś takiego. Okej, w dalszym stopniu to bardzo rozchwiana kreacja, ale teraz jego „partnerem” jest psychol, a nie jakaś nawiedzona baba. Psychol, właśnie. Ten serial wygrywa przez genialną rolę Mikkelsena. Ja tego pana kojarzę przede wszystkim z roli cwanego Le Chiffre’a z „Casino Royale”. Miałam pewnego rodzaju wątpliwość, czy ten Duńczyk udźwignie to, co wykreował Anthony Hopkins i przyznam szczerze, dał radę. To zupełnie inna postać! Lecter w ciele Hopkinsa był sympatyczny, no nie powiecie, że tak nie było. Fajny dziadeczek, który bawi się ludzkimi emocjami, który ma trochę cierpki dowcip, ale jednak – ma. Słowem: prawie miły koleś. Lecter stworzony przez Mikkelsena to posąg: chłodny, perfekcyjny i sterylny, surowy i lodowaty. I jedna, i druga kreacja usypia w nas podejrzenie, że za nią kryje się totalny pojeb. Nie chciałam tego pisać w tak bezpośredni sposób, ale nie wyszło. A co poza aktorami? Jedzenie! Ten serial jest mimochodem o spożywaniu. To, co podaje Hannibal jest niesamowite. To, z jaką gracją i fascynacją on przyrządza swoje potrawy, jakie obrazy tworzy na talerzach, jak wymawia te finezyjne nazwy sprawiało, że nam podczas oglądania kolejnych odcinków burczało w brzuchu jak cholera. Nigdy nie wiedzieliśmy, czy foie gras jest z gęsi, czy z jakieś uroczej dziewczyny. Ten serial to również pochwała spokojnej fabuły. Wiem, brzmi to irracjonalnie, ale tak jest. Odcinki mają taką konstrukcję, że są bardzo dynamiczne w pewnych momentach, by potem uspokoić się i czasem aż nudzić, ale w ogólnym rozrachunku – ma to sens. Klimat jest ponury, na zmianę laboratoryjny i wprost z morderczej akcji. Czasami zaglądamy do perfekcyjnego gabinetu Lectera, czasami do domu Grahama, ale niezależnie gdzie jesteśmy wiemy, że coś dziwnego się dzieje. Pytanie brzmi: kiedy się zorientują, że mają w gnieździe żmiję żądną krwi?
Ostrzegam, serial jest bardzo obrzydliwy i brutalny, ale przy tym paradoksalnie niezwykle wysublimowany.

Pierwszy sezon za nami i co? Szlag mnie trafia, bo czeka na nas rok czekania.

ON:

Nasze przygody z serialami przeważnie kończą się bardzo szybko. Spowodowane jest to brakiem czasu na tasiemce mające po 7 czy nawet 10 sezonów, pza tym dużo świetnie zapowiadających się historii po dwóch, trzech odcinkach zaczyna się po prostu sypać. Bezsensowne wątki, na siłę opóźniana akcja, miałki scenariusz. Czasem tylko po to, aby pojawił się kolejny sezon. Stało się tak między innymi z „The Following”. Oczywiście od tej reguły zdarzają się wyjątki, np. „House of Cards” czy właśnie opisywany „Hannibal”.

Po seansie „Milczenia Owiec” zakochałem się w książkach o Dr Lecterze. Kolejne dzieła drukowane połknąłem jak szalony, czekałem na filmy i jak tylko się ukazały, to leciałem do kina, aby zobaczyć Hopkinsa w roli demonicznego, diablo inteligentnego lekarza-kanibala. Nie odpuściłem także „Łowcy” Michaela Manna. Nie spodziewałem się, że kiedyś pojawi się jego godny następca. Okazało się, że znalazł się on w osobie Madsa Mikkelsena.

Gdy zobaczyłem pierwszy odcinek serialu wiedziałem, że mam do czynienia z dziełem wyjątkowym. Wszystko dzięki fantastycznemu scenariuszowi, bazującym na postaciach wymyślonych przez Thomasa Harrisa. W opowieści telewizyjnej poznamy nareszcie historię Willa Grahama, który jest bezpośrednio odpowiedzialny za ujęcie kanibala. Ale zanim do tego dojdzie, będziemy świadkami zdarzeń, które nigdy nie były nam do końca opowiedziane. W książkach Harrisa wątek ten jest potraktowany trochę po macoszemu. Dostajemy dużo informacji na temat tego jak do tego doszło, ale cały czas gdzieś pozostaje dziura, luka, którą warto było zapełnić. I w ten oto sposób światło dzienno ujrzał „Hannibal”, wyprodukowany przez telewizję NBC. Jeśli tak jak ja przyzwyczajeni byliście do Lectera granego przez Hopkinsa, to możecie mieć problem z przestawieniem się na nowego aktora, ale potrwa to tylko chwilę, bo już po kilkunastu minutach obcowania z postacią zagraną przed Mikkelsena, zostaniecie przez nią obezwładnieni. Jego aparycja, akcent, nieskazitelność pokazują doktora z tej strony, o której na kartach książki znajdziemy bardzo niewiele. Nareszcie bowiem kanibal ma na ekranie tyle czasu, ile jest mu potrzebne, aby oczarować sobą widzów. Pięknie wykończony gabinet, wspaniałe garnitury, wystawne kolacje z ekskluzywnym winem to jego codzienność. W serialu zobaczymy go serwującego posiłki z ludzkiego mięsa, ale także będziemy mogli podglądnąć go w kuchni, czy podczas policyjnego dochodzenia. Zanim jednak sławny doktor wyląduje za kratami i będzie pomagał złapać „Buffalo Billa”, upłynie trochę wody w rzekach.

Opowieść snuta w serialu to jednak nie tylko postać psychiatry, ale przed wszystkim Willa Grahama (Hugh Dancy). Trochę mi przypomina takiego zagubionego chłopca w tych swoich okularkach, z lekkim zarostem i masą psów, które mieszkają w jego domu. Nic bardziej mylnego. To naprawdę cholernie inteligentny analityk, facet potrafiący rozgryźć nawet najgorszego świra. Już w pierwszym odcinku „Aperitif” będziemy świadkami jego „geniuszu”. Jest tylko jedno ale, Will jest „niestabilny”. Co to znaczy? Ma dar, ale ma też problemy z osobowością, lunatykuje, miewa koszmary i całą masę dziwnych przypadłości. Właśnie one skreślają go z listy płac FBI. Jednak pojawienie się kilku nowych trupów oraz zaginięcia zmuszają agenta specjalnego Jacka Crawforda do skorzystania z pomocy Grahama.

Mamy do czynienia ze standardową budową serialu. Mamy główny wątek, ciągnący się przez kolejne odcinki oraz pojedyncze historie (po jednej na epizod), które pomimo, że oderwane od całości, wnoszą coś do głównego wątku. Za to jeśli chodzi o kompozycję, klimat i muzykę mamy do czynienia z małą perełką. Serial jest mroczny i pełen symboli. Dodatkowo, obraz cały czas okraszony jest pasująca do klimatu muzyką. Ścieżka dźwiękowa to pomieszanie drona i ambientu. Niespokojne tony, przypadkowe uderzenia w dzwony, metaliczne dźwięki. Wszystko lekko chaotyczne, będące kontrastem dla spokojnej kamery i mrocznych zdjęć. Oglądając „Hannibala” mamy wrażenie, że zapadamy się w ogromne pudło, wypełnione granatowym atłasem i staramy się z niego wydostać. Mamy na sobie tonę materiału, czujemy się przerażeni, a jednocześnie fascynuje nas ta miękkość i strach przed czymś, co nas może spotkać.

Nie opowiem wam nic więcej na temat scenariusza i jego zawiłości, gdyż zdradzenie chociaż małego szczegółu może wam zepsuć całą przyjemność, jaką możecie czerpać ze scenariusza. Dla mnie serial jest wprost fenomenalny i z czystym sumieniem zaliczam go do najlepszych, jakie przyszło mi do tej pory oglądać. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji na mała kolację z Lecterem, to najwyższy czas nadrobić braki.