ONA:
W praktycznie tym samym czasie zaczęliśmy przepełnieni nadzieją i z wypiekami na twarzy oglądać dwa nowe seriale. Dawid jest zdecydowanie bardziej otwarty na nowości z małego ekranu niż ja, ale namówił mnie… żeby potem porzucić w boju. O ile „Hannibala” oglądamy ciągle z tym samym zaangażowaniem, o tyle „The Following” musiałam strawić koniec końców sama. Dejw bowiem gdzieś przed połową stwierdził, że jest na maksa znudzony historią Ryana Hardy’ego.
Główny bohater (którego gra całkiem nieźle Kevin Bacon) jest agentem FBI „w stanie spoczynku”. Kilka lat temu doprowadził do schwytania groźnego mordercy, Joe Carrolla (James Purefoy), który lubował się w pitwaniu swoich studentek. Tropienie wykładowcy nie było wcale takie łatwe, ale się udało. Hardy zyskał sławę, ogromny uszczerbek na zdrowiu i – co najważniejsze – poznał kobietę swojego życia, dla której z miejsca stracił głowę. Clarie Matthews (Natalie Zea) faktycznie – jest niezła. Jest piękna, ma poukładane w głowie, jest spragniona miłości i… jest żoną Carrolla. Rozumiecie? Wszystko zaczyna się zdrowo pierdzielić, a popieprzenie i toksyczność tego trójkąta nie ma granicy przyzwoitości. Swoją drogą, długo zastanawiałam się skąd kojarzę panią Zea. Już wiem! W którymś z odcinków zsodomizował ją sam Hank Moody!
Mijają lata. Hardy i Matthews to już przeszłość, para żyje osobno na swój własny sposób. On wlewa w siebie litry różnorakich alkoholi, ona wychowuje syna (pozostałość po związku z mordercą) i żyje sobie na spokojnym osiedlu. Póki jej mężulek siedzi, a wszystko wskazuje na to, że posiedzi dłuuuugo, może być spokojna. A co robi sam Carroll? Otóż zamknięcie go w celi w żaden sposób nie pohamowało jego morderczych zapędów. Co lepsze – pan wykładowca zgrabnie zaczął tkać śmiercionośną intrygę, a jako człowiek o nieograniczonej wyobraźni, zza krat sterował sporym przedsięwzięciem. Odosobnienie w żaden sposób nie wpłynęło na jego „odcięcie” od społeczeństwa. Co jakiś czas odwiedzały go kolejne, mniej lub bardziej tajemnicze osoby, którym Joe wyznaczał rolę w zadaniu. Przedstawienie musi trwać, a zemsta najlepiej smakuje na zimno. Posługując się sekciarskimi mechanizmami, z dodaną do tego poetyką Edgara Allana Poe, manipulował dziesiątkami, a potem i całymi setkami osób, które były w niego wpatrzone, jak gekon w muchę. Jeśli ktoś nie zna twórczości tego amerykańskiego poety i nowelisty, to pokrótce: koleś bazował na silnym psychologizmie, na brutalnej makabrze, zanurzonej w nieco gotyckiej konwencji. Idealne podwaliny do filozofii bandy naiwnych osób, które dla swojego boga są w stanie zrobić wszystko. I właśnie to jest rdzeń pierwszego sezonu „The Following”. Wydawać by się mogło, że wszystko będzie ciekawe, wciągające i dynamiczne, ale niestety…
Z każdym kolejnym odcinkiem poznawaliśmy kolejne tajemnice, intrygi i pomysły na to jak utrudnić bohaterom życie. Co się okazuje – cała akcja jest misternie wymyślona przez Carrolla, w celu „popsucia” życia i byłego agenta, i byłej żony. Zza kratek sterował całą organizacją i jednocześnie życiem swojej rodziny. Sąsiedzi, opiekunka, zupełnie obce osoby, które pojawiały się w życiu Craire i małego Joey’go to de facto podstawieni wyznawcy Carrolla, który mamiąc ich górnolotnym i psychologicznym bełkotem, zachęcił do bawienia się w tę całą maskaradę. Co krok poznajemy kolejne „macki”, którymi Joe sięgał z celi, prosto w stronę dwóch wspomnianych już celów. Ale spokojnie, FBI czuwa. Ryan wchodzi do gry. Wspiera go jego zespół, ale co z tego? Ludzie Carrolla są wszędzie i nic nie jest oczywiste.
Powiem tak: ten serial nie jest zły. Ma mnóstwo irracjonalnych błędów, głupich zagrywek, które zamiast przyciągać przed telewizor – odrzucają. Całość mogłaby być genialna, gdyby narzucono zdecydowanie szybsze tempo. A tak? Kolejne odcinki ciągnęły się jak mamałyga. Do tego ciągle skaczemy w retrospekcje sprzed lat, które mają nam wyjaśniać kilka wątków, ale po co, skoro i tak nikt nic nie wie. Moim zdaniem warto obejrzeć ze dwa, trzy pierwsze odcinki, a potem samą końcówkę sezonu, spoilerując sobie środek. Carroll na skutek różnych śmiechostek ucieka z więzienia, kolejne osoby okazują się należeć do jego sekty, ale i wśród nich zaczynają się dziać różne nieprzyjemne rzeczy. Tu padnie trup, tu ktoś jest porwany, tu komuś obiją mordę i znowu ktoś ucieka. I tak bez przerwy. Do tego szlag mnie trafiał, bo wiele odcinków było bardzo „nocnych” (czyli po prostu, działy się po zmierzchu), a oglądanie ciemności z lekkimi świetlnymi migawkami wcale mnie nie kręci. Męczyłam się strasznie. Nie pomógł ani zadziorny Bacon, ani uroczy Purefoy. Telewizja FOX stworzyła gnieciuszka, a finałowy odcinek został tak zaprojektowany, że śmiało można – niestety – pociągnąć kolejną serię.
Jestem na nie i wracam do oglądania „Hannibala”, który zauroczył mnie (chociaż nie wiem, czy w tym przypadku to dobre słowo) totalnie. „The Following” uważam za fajną i niezwykle zmarnowaną historię.
ON:
Mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się dwa seriale o bardzo podobnej tematyce. Mamy do czynienia z produkcjami do siebie zbliżonymi, bo traktującymi o seryjnych mordercach. Jakże się myliłem wrzucając do jednego worka „The Following” oraz „Hannibala”.
O postaci z książek Harrisa jeszcze będzie na Marudzeniu, dziś skupię się na obrazie z Kevinem Baconem. W chwili obecnej zakończono pierwszą serię tego tasiemca, który zapowiadał się dobrze, a okazał się lichym dziełkiem. Oczywiście, nawet słaby amerykański serial wygląda sto razy lepiej niż polska pełnometrażowa produkcja, ale powstrzymam złośliwość. W przypadku „The Following” dałem się nabrać na pierwszy odcinek, wróżący dobrą zabawę. Pisząc “dobrą zabawę” mam na myśli zagryzanie warg, obgryzanie paznokci i siedzenie jak na szpilkach. Niestety, jest odwrotnie. Po pilocie jest dużo gorzej, zdarzają się oczywiście pojedyncze perełki, ale to za mało, aby przyciągnąć mnie do ekranu na kolejne dni. W przypadku „House of cards” miałem syndrom “jeszcze jednego odcinka” i w ten sposób w ciągu 2,5 dnia zobaczyłem cały sezon tego genialnego dzieła z Kevinem Spacey. Problemem serialu z Baconem jest jego absurdalność, która może i trafi do amerykańskiego widza, ale my, Marudy mamy uczulenie na „bulszit”, a tego z odcinka na odcinek przybywało.
Ryan Hardy (Bacon) jest byłym agentem FBI. W jego piersi dziarsko działa sobie rozrusznik serca, będący pamiątką po Joe Carrollu, psychodelicznym mordercy kobiet, którego Hardy pojmał. Joe to nauczyciel akademicki, specjalizujący się literaturze. Jest młody i przystojny – to działa na naiwne studentki. Właśnie one były celem ataków psychopaty. Koleś upodobał sobie nóż jako narzędzie zbrodni, a wydłubywanie oczu było nawiązaniem do poezji i prozy Edgara Alana Poe. No ale rządy terroru się skończyły. Carroll jest w więzieniu, a Hardy stara się pozbierać do kupy, i swoją drogą – idzie mu to bardzo słabo. Wszystko do dnia, gdy znów dzwoni jego komórka, a on dowiaduje się, że jego największy wróg właśnie wziął nogi za pas. Zaczyna się nagonka, dość szybko sprowadzająca świra z powrotem za kratki. Okazuje się, że całe zdarzenie jest częścią misternego planu, tkanego przez wiele miesięcy i mającego ugodzić w Hardy’ego. Okazuje się bowiem, że Joe skupił wokół siebie grupę naśladowców, wiernych fanatyków, mogących oddać za niego nawet życie. To gdzie te bzdury, o których pisałem? Już tłumaczę. Powstał wręcz kult Carrolla, kolejne osoby odwiedzały go w więzieniu, a on zlecał im zadania, ci zaś wypełniali je z ogromnym posłuszeństwem. I właśnie te pionki są głównymi bohaterami serialu. Gdy już wydaje się, że wszystko jest okej, pojawia się kolejna osoba z policji lub FBI, będąca jednocześnie członkiem sekty i znów zaczynamy zabawę od początku. To trochę takie nakręcanie tej samej sprężyny, która w pewnym momencie pęknie, a na jej miejsce zamieścimy duplikat. Przez to wiemy jak będzie wyglądał następny odcinek. Gdy już ci dobrzy wykończą jednego bandziora, na jego miejsce pojawia się dójka nowych. To jest bez sensu. Nie ma elementu zaskoczenia, nie ma klimatu, a Hardy czasami zachowuje się zupełnie irracjonalnie. Szkoda, bo zapowiadało się dobre widowisko. Można sobie odpuścić.
