ONA:
Nie należę do grona osób, które „obsrawają” się danym filmem tylko dlatego, że powstał w latach 70tych, stworzył go jakiś kultowy reżyser i swój talent objawiło w nim kilku młodych (wtedy) aktorów, którzy do dziś odcinają od tej roli kupony. Niemniej z ogromnym szacunkiem i podziwem obchodzę się z kilkoma produkcjami, które działają dokładnie na tej samej zasadzie, bo są genialne. Są i tyle. Do grona moich ulubieńców z tamtych czasów bez wątpienia należy „Lot nad kukułczym gniazdem”, który miażdży mi głowę mimo, że znam go prawie na pamięć.
Wszystko dzieje się w zakładzie zamkniętym dla osób z problemami psychicznymi. Typy, które tam trafiają, na ogół mają problem ze sobą z społeczeństwie, kto z nas tego nie ma, ale oni wybrali świat szpitala, niż to, co faktycznie może ich spotkać w życiu. I pewnego dnia na oddział trafia Randle Patrick McMurphy (Jack Nicholson) – cwaniaczek cwany do szpiku kości. Nasz główny bohater jest złodziejem, oszustem i chuliganem, który postanowił zakpić z systemu i udawać niepoczytalność, by uniknąć więzienia. Cóż. Jemu z perspektywy osoby zwykłej, która nie miała pojęcia jakimi prawami rządzi się pobyt w takim zakładzie, wszystko wydawało się normalne. Wizja miejsca, które przypomina bardziej sanatorium, niż szpital, szybko została rozwiana. Szczególnie, że oddziałem twardą i nieustępliwą ręką rządzi siostra Ratched. McMurphy jako jednostka „normalna” i jedynie „zakamuflowana” obłędem, próbuje przeforsować jakieś uczłowieczające elementy, ale jest ciężko. W tym królestwie rządzi jedna osoba i to rządzi absolutnie… Nasz bohater postanawia wyrwać się z tego piekła, które sam sobie zafundował. Ale czy czasem nie jest już za późno?
Właściwe można o tej produkcji (jak również o książce, która jest jeszcze lepsza), rozprawiać godzinami. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jedni podkreślą to jak łatwo jest człowieka wmanipulować w „chorobę psychiczną”, inni pokażą, że kara za kłamstwo może być okrutna. „Lot nad kukułczym gniazdem” to dzieło o walce ze „systemem”, ale to też genialna metafora tego, jak jednostka żyje i odnajduje się w społeczeństwie, chociaż bardziej tu pasuje stwierdzenie „jak NIE odnajduje się”. To również świetny materiał na temat życia w takich miejscach, jakim jest zamknięty oddział. Ja od momentu, kiedy po raz pierwszy miałam w rękach to dzieło, zwróciłam uwagę na aspekt zaburzeń psychologicznych, które leczone były w sposób tak przerażający, że głowa mała. Zaczynając od faszerowania prochami, przez wiązanie i krępowanie, na tej ponadczasowej lobotomii skończywszy. Próby pomocy pacjentowi kończyły się na elektrowstrząsach w najlepszym przypadku. Wbijanie ostrego narzędzia przez oczodół i przekręcanie mózgu, które miało na celu zabicie u chorego wszelkich pokładów emocji, robiło z niego śliniącą się jarzynę. Jeszcze lepiej! Twórca tej metody otrzymał za to „odkrycie” Nobla! Zderzcie to z aktualnymi sposobami leczenia zaburzeń – to dopiero przeskok. I przyznam – ubolewałam nad tym, że w filmie tej sceny nie ma… Cóż, już w tym filmie pokazano, że nikt nie jest w oczywisty sposób „normalny”…
Milos Forman przełożył świetną powieść na genialny film. Zresztą, on tak już po prostu ma. Jego filmografia nie jest przepełniona dziesiątkami tytułów, z czego połowa byłaby średnia. Nie. On tworzy rzadko, ale z klasą. Nie jest ważne za jaki jego film się zabierzemy, mamy 99% pewność, że nam się spodoba, bo jego dzieła są tak wielowymiarowe, tak metaforyczne przy swojej „obyczajowości”, że nikt nie jest w stanie tego stylu podrobić. Dodajmy do tego Nicholsona. Jego szelmowski uśmiech nie zmienia się, pomimo zmarszczek, które go otaczają. Niezależnie czy gra psychola, czy jest oszustem albo nawet i starym playboyem – jest cudowny. To mój ulubiony aktor i bardzo szczycę się tym, że znam jego dorobek aktorski niezwykle dokładnie.
„Lot…” to pozycja obowiązkowa dla każdej osoby, która szuka czegoś nieoczywistego i ponadczasowego.
ON:
„Lot nad kukułczym gniazdem” jest niewielką książeczką, która zmieści się do tylnej kieszeni dżinsów. 300 stron zapisanych drobnym druczkiem opowiada historię, która nawet po 50 latach jest aktualna i potrafi zmusić do myślenia. Ken Kesey stworzył dzieło ponadczasowe, które na stałe weszło do kanonu lektur i w sposób wyjątkowy opowiedział historię o zniewoleniu i totalitaryzmie.
Na miejsce dramatu autor wybrał sobie szpital psychiatryczny – miejsce specyficzne, ale i w pewien sposób ukochane przez powieściopisarzy. Jednak ten ośrodek jest inny, a wszystko za sprawą Wielkiej Oddziałowej – siostry Ratched. Ta niepozorna kobieta o zimnym wzroku potrafi bez słów wyssać całe życie z pensjonariuszy. Gdy pojawia się na korytarzu – rozmowy cichną, a pojedyncze, lekkie uśmieszki znikają z twarzy leczących się tutaj osób. Aż nie chce się wierzyć, że jedna dama potrafi zasiać tyle grozy. Narratorem opowieści jest jednak ktoś inny, to ogromy głuchoniemy Indianin, którego wszyscy nazywają Wodzem. Stojący przez praktycznie całą opowieść na uboczu, idealnie nadaje się na kogoś, kto zdradzi nam wszelkie sekrety, bo zna każdy szczegół. Jest trochę jak upośledzone dzieci pracujące na zmywaku w „Królestwie” Von Triera. Jego narracja nie wybiega jednak w przód, jak ma to miejsce w duńskim mini serialu. Wódz Bromden jest świetnym aktorem, gdyż jego upośledzenie jest fikcją, iluzją pozwalającą w spokoju przebrnąć prze kolejne dni terroru, sianego przez siostrę Ratched. Gdy otworzymy książkę na pierwszej stronie, to zaczniemy lekturę od opisu poniedziałkowego poranka. Wszystko przedstawione z punktu widzenia tańczącego z miotłą Indianina. Jednak ten poniedziałek będzie inny niż te, które były wcześniej. Po tym dniu żaden już nie będzie taki sam, jak dotychczas. Wszystko dlatego, że w ośrodku pojawia się niejaki Randle Patrick McMurphy. To facet z krwi i kości, twardziel irlandzkiego pochodzenia. Ląduje tutaj bowiem sąd uznał go za niepoczytalnego przez jego dotychczasowe zachowanie. Mężczyzna ma na swoim koncie kilka bójek oraz gwałt na nieletniej.
„ – Siedziałeś też za gwałt…na nieletniej. To jest prawda, tak?
– Jak najbardziej. Ale doktorze… ona miała 15 lat, a ja 35… ale powiedziała mi, że ma 18 i była… bardzo chętna, rozumie pan? Musiałbym chyba zaszyć sobie spodnie.”
Niby dupek, cham i gbur, ale od początku zyskuje przychylność czytelnika, tak samo jak od pierwszego dnia staje się swoistym bohaterem dla reszty pensjonariuszy. Dlaczego? Bo McMurphy jest prawdziwy i jako jedyny nie obawia się postawić siostrze Ratched. Swoista wojna trwa przez cały jego pobyt w szpitalu. Od teraz w ściany budynku wkradają się nowe zasady, zasady walki. Irlandczyk stara się za wszelką cenę doprowadzić do tego, aby pobyt każdego z kuracjuszy stał się lepszy, znośniejszy, zabawniejszy. Dlaczego nie mają zagrać w pokera na fajki, a może wyrwać się na pełne morze i złowić kilka ryb, ba właściwie do szpitala może nawet zawitać prostytutka. Problem jest jednak taki, że nasz bohater nie zdaje sobie sprawy jak mocny charakter ma niepokaźna kobieta. Totalitaryzm to jedyne słowo, jakie przychodzi na myśl, jeśli mamy opisać jej rządy. To, co wyprawia z mieszkańcami oddziału, przechodzi najśmielsze pojęcie. Jej zachowanie przynosi trochę na myśl O’Briena z Orwellowskiego „Roku 1984”. Tak samo jak on jest bezwzględna i po trupach będzie dążyła do swojego celu, a jest nim całkowite zniewolenie McMurphy’ego. Ma ona ogromną przewagę nad swoim wrogiem, jej nic nie ogranicza, jej ręce nie są związane żadnymi przepisami, bowiem ona tu jest prawem. Tej jednej rzeczy nie zauważa buntownik. Dla niego wszystko jest zabawą, śmiechem, rozrywką i igraszką. Nie docenia przeciwnika, który w ostatecznej potyczce wyciąga swoją najcięższą broń.
Książka Keseya jest jak narkotyk, wciąga z każdą kolejną stroną. Pomimo tego, jak w przypadku uzależnienia wiemy, co nam grozi, to oddajemy się jej całkowicie. Wszystko dlatego, że nie mamy do czynienia ze słodkim, ugrzecznionym tytułem. Może to jest powodem, że „Lot nad kukułczym gniazdem” jest jedną z najczęściej banowanych w Stanach Zjednoczonych książek. Cieszmy się tym, że my możemy spokojnie oddać się lekturze, ale czyńmy to szybko, bo nigdy nie wiadomo kiedy nadejdą czasy, jakie opisywał Ray Bradbury w „Fahrenheit 451” .
