ON:
Dziś żegnamy się z Robinem Williamsem. To już ostatni, siódmy film z jego udziałem, który obejrzeliśmy w ramach przypomnienia i jednocześnie pewnego hołdu dla nieżyjącego już aktora. Opiszemy film, który zasługuje na uwagę z dwóch powodów: po pierwsze Williams wspiął się w nim na wyżyny swojej gry aktorskiej, po drugie: działo to uznane zostało na perłę sztuki filmowej. Mowa o „The Fisher King”.
Dość zakręcona opowieść zaczyna się od poznania nadętego, zakochanego w sobie prezentera radiowego Jacka Lucasa. To typ kontrowersyjnego DJ-a, który ma wszystko w dupie i nie przejmuje się niczym. Swoich słuchaczy traktuje jak kupę, a niefortunne, wypowiedziane przez niego zdanie, doprowadza do tragedii. Jeden ze słuchaczy wziął za bardzo do siebie jego słowa i wpadł do restauracji pełnej japiszonów i zrobił tam małą rzeź. Po tym zdarzeniu życie Jacka zmieniło się nie do poznania. Ze wschodzącej gwiazdy stał się pijącym, nie radzącym sobie z życiem kolesiem, którego ratuje tylko jego kobieta. Gdyby nie ona, Jack dawno byłby już na bruku. Niestety, tragedia do której doprowadził, zżera go tak bardzo, że mało nie popełnia samobójstwa. Los jednak zupełnie inaczej zaplanował jego życie, a co najważniejsze – postawił na jego drodze szalonego kloszarda Parry’ego.
Dość szybko wychodzi na jaw, że Parry stracił we wspomnianej wcześniej jatce swoją ukochaną. Jack, którego zjada sumienie, postanawia w jakiś sposób pomóc bezdomnemu. Ofiaruje mu gotówkę, biega nago po parku oraz star się z nim zaprzyjaźnić. Jest to trudna sztuka, bowiem problemy, jakie generuje Parry, są wręcz mistyczne. On sam uważa się za jednego z rycerzy okrągłego stołu, a z jego głównym zadaniem jest zdobycie Świętego Graala. Jakby tego było mało mężczyzna się jeszcze zakochuje. Przedmiotem jego westchnień jest ruda nieznajoma. Czas wyruszyć w podróż za kielichem, zdobyć serce i wrócić na łamy społeczeństwa.
Film w reżyserii Terry’ego Gilliama jest bardzo plastyczny i często wręcz bajkowy. To współczesna baśń o utraconych możliwościach, szaleństwie i stracie bliskich osób. Czasami wydaje się ona trochę naiwna, a w szaleństwie zbyt wiele jest dramatyzmu, ale dzięki temu o obrazie tym było tak bardzo głośno. Nie trzeba wiele mówić „The Fisher King” to klasyk jakich mało.
ONA:
Nie wiem ile było w tym przypadku, a ile celowości, ale tydzień poświęcony Robinowi Williamsowi kończymy filmem, który jest wyjątkowy. A w obliczu wydarzeń sprzed kilku tygodni – zaczynamy autentycznie zastanawiać się nad wątłością i kruchością ludzkiego istnienia. Bo właściwie po co to wszystko?
Jack Lucas (Jeff Bridges) jest prezenterem radiowym – bardzo cynicznym, nieco gburowatym nawet. Jest arogancki i ta arogancja koniec końców dała mu popalić. Wydarza się tragedia. Tragedia, w której ginie wiele osób. Mijają lata. Jack nie pracuje już w radio. Snuje się ulicami, nie mając zbyt wielu perspektyw w swoim życiu. I podczas jednej z takich smutnych wędrówek, wpada w tarapaty, z których ratuje go Parry (Robin Williams), bezdomny mężczyzna, który wylądował na ulicy po tym, jak w strzelaninie zginęła jego żona. Moglibyście pomyśleć, że tych mężczyzn nic nie jest w stanie połączyć, a jednak. Tragedia, do której poniekąd doprowadził Jack, to była właśnie ta strzelanina… Lucas przepełniony wyrzutami sumienia, postanawia przywrócić Parry’ego na właściwe, życiowe tory. Tylko, że włóczęga wcale tego nie chce… Kiedy Jack daje mu pieniądze – on je oddaje. Kiedy próbuje mu pomóc – on mówi tylko o 2 rzeczach: o świętym Graalu, którego muszą odnaleźć i o pewnej dziewczynie… I tak zaczyna się ich wspólna przygoda, bardzo mistyczna, bardzo „dziwna”, dająca do myślenia i ot tak, po prostu – przepiękna.
Dwie kwestie na początek: czy w środku metropolii możemy znaleźć rycerza wprost z legendy arturiańskiej i jak nisko trzeba upaść, by w końcu osiągnąć swoje własne dno i potem próbować zacząć się wspinać? Wydawać by się mogło, że Parry to wariat, że to człowiek, któremu tragedia pomieszała zmysły. Moim zdaniem ta trauma była po prostu reakcją obronną na zadany ból. Na ból tak ogromny, tak wszechogarniający, że nic już po nim nie było takie samo. Graal po raz kolejny jest tu absolutną metaforą, symbolem, pragnieniem. Jest trudem i wyrzeczeniem, jest celem. Wcale nie musi być „szklanką na sok z Jezusa”. Bo nawet jak jesteś żebrakiem, włóczęgą, który śpi pod mostem, posiadanie celu stawia Cię na drabinie człowieczeństwa wyżej, niż zwykłego łazika, który zmarnuje swoje życie.
„Fisher King” to film, który należy do gatunku „mądry”. Mamy tu i dramat, i trochę komedii, i tragedii. Opowieść jest piękna – pięknie nakręcona, pięknie zagrana, pięknie zmontowana. Główny duet jest jednym z najlepszych, jakie widziałam. To dzieło krąży na granicy fikcji i prawdy. Dotyka bardzo ważnych miejsc i trochę psuje głowę. Wzrusza. Porusza. Daje do myślenia. Bridges dzięki tej produkcji pokazał swoją „marshmallową” stronę, a Williams, jak to Williams… Eh.
Robin William nie był aktorem, który rewelacyjnie odnajdował się w każdej ze swoich ról. Świetnie pasował do komedii, ale w każdej swoją rolą pokazywał drugie dno, dawał do myślenia. Wielką szkodą byłoby, gdybyśmy pamiętali go jedynie z tych kreacji. To, co pokazał m.in. w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”, w „Między piekłem a niebem” i w „Fisher King” udowadnił, że wygłupy wygłupami, bo przecież życia nie trzeba brać na serio, ale warto z nim się zmierzyć z nadzieją. Świat filmu stracił nie tylko wielkiego aktora, który bawił i poruszał, ale stracił przede wszystkim człowieka, który potrafił inspirować i dawać do myślenia.

