ONA:
Nie mamy na blogu „Limitless”!!! – wykrzyczałam jak szalona, kiedy przy okazji recenzji „Lucy” ten fakt wyszedł na jaw. Jak to do cholery jest możliwe? Przecież obejrzeliśmy ten film tyle razy?! No ale jak widać – gdzieś nam umknął. Na szczęście nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre, a my spędziliśmy wieczór we 3, bo Bowie uwielbia Bradley’a Coopera, oglądając przygody pisarza na dnie, który zaryzykował i połknął tajemniczą pigułkę. A potem został bogiem.
„Na samym dnie, pomiędzy niebem a piekłem, spotkamy się, sam nie wiem gdzie” – tak śpiewał Muniek Staszczyk z T Love. Na tym dnie znalazł się Eddie Morra (B. Cooper), który trochę na własne życzenie zaczął staczać się w niebezpieczną otchłań. Kasa się kończy, ukochana kobieta odchodzi, a książka, którą miał napisać, leży zarzucona gratami z codzienności. Eddie wygląda jak lump, żyje jak lump i najpewniej skończyłby jak lump, gdyby nie przypadkowe spotkanie ze swoim ex szwagrem, który dawniej zajmował się dilerką, ale teraz jest na nieco wyższym levelu. Kiedy widzi, w jakiej czarnej dupie jest Morra, robi mu „prezent”. Wręcza tajemniczą pigułkę, która rozwiąże wszystkie jego problemy. Eddie przyjmuje ją z dozą nieufności, ale koniec końców dziwna tabletka ląduje w jego organizmie. I teraz dopiero się zacznie…
To, co zaczęło się dziać z naszym bohaterem po zażyciu dropsa, przechodzi jego najśmielsze oczekiwania. Nagle z „jarzyny”, z życiowego łazika, przerodził się w ZAJEBIŚCIE inteligentnego, bystrego kolesia, który szybko się uczy, który wszystko co kiedyś zobaczył, przeczytał, usłyszał, potrafi sobie przypomnieć. Morra zmienia się zupełnie. Kończy książkę, którą wydawca jest zachwycony. Odzyskuje swoją ukochaną. Ogarnia mieszkanie, ogarnia i siebie. Ale nie chce pisać, jemu marzy się coś więcej. Coś naprawdę dużego. Udaje się do ex szwagra po kolejne dawki i wtedy dowiaduje się pierwszej części prawdy: NZT to nie jest projekt farmaceutyczny w fazie testów, tylko narkotyk. Z ciągiem dalszym faktów może być ciężko, bowiem szwagier dostał kulkę i już raczej niewiele powie… Ale Eddiemu udaje się podwędzić kilka dropsów, więc na jakiś czas jest ustawiony. Tak akurat, żeby wspiąć się na sam szczyt finansowej góry… Tylko, że to nadal nie koniec problemów. NZT jest dragiem, który wykańcza…
Niewiele jest filmów, które tak absolutnie mi się podobają. Należę do osób, które potrafią dostrzec zalety typu ładna scenografia, kostiumy itp, ale bez mrugnięcia okiem jestem w stanie skreślić dzieło tylko temu, że aktor/aktorka mną nie ruszyli, nie mówiąc już o fabule, która mnie nie porwała. W przypadku „Jestem bogiem” nie ma ani jednego takiego elementu. Dla mnie to dzieło kompletne i zachwycające. Nie nudzi mnie, a widziałam go dziesiątki razy. Uwielbiam fabułę, uwielbiam tajemnicę i jej rozwiązanie, uwielbiam Bradley’a. Każda scena jest „jakaś”, a tempo dzieła widza po prostu wciąga. Dopełnieniem perfekcyjności jest genialny montaż, również bardzo dynamiczny i „inny”, a także świetna ścieżka dźwiękowa. Pod zdaniem „Jesteś bogiem” to bardzo dobry film” mogę podpisać się obiema rękami, stopami, ustami i nosem.
ON:
Stojąc na krawędzi balkonu z jedną nogą wyciągniętą ponad przepaścią, można myśleć o wielu rzeczach. Jedni będą się zastanawiać co jest po drugiej stronie, a innym całe życie przeleci przed oczami. Jest jednak pewien facet, któremu do głowy przyszła zupełnie inna niż wszystkim myśl: „Czy gdzieś jeszcze jest jedna, maleńka przeźroczysta tabletka?”. Tym mężczyzną jest Eddie Morra.
Jeszcze kilka dni temu pan Morra był przegranym, skreślonym przez życie i wydawcę pisarzem. Właściwie to skreślili go wszyscy, łącznie z jego dziewczyną. Jeśli zobaczylibyście go na ulicy, to nie dalibyście za niego ani złamanego grosza. Zarośnięty pysk, rozbiegane oczy, ubranie jak u studenta. No jak nic kolo idzie na dno.
Można powiedzieć, że los się do niego uśmiechnął, bowiem przypadkowo spotyka na ulicy brata swojej pierwszej żony. Babeczki, z którą był krócej, niż trwała cała ceremonia zaślubin. Po związku został numer telefonu i wspomnienie braciszka kombinatora i ćpuna. Ale zaraz, zaraz, spotkany na ulicy mężczyzna na ćpuna nie wygląda. Raczej mamy do czynienia z kimś z wyższej sfery. Co się stało? Okazuje się, że „młody” jakimś cudem pracuje jako doradca w firmie farmaceutycznej. Na odchodne daje Eddiemu jedną małą pastylkę.
Tabletka zadziałała szybko. Nie dość, że wyczyściła jego umysł ze zbędnych, to jeszcze pozwolił przelecieć mu piękną Azjatkę, swoją drogą żonę właściciela mieszkania, które wynajmuje. Tabletka działa nadal. Mózg pisarza włączył się na wyższy bieg, wymazując z niego niepotrzebne, destruktywne zachowania. Tak w ciągu jednego dnia wydarzyło się więcej niż przez ostatnie kilka miesięcy. Co najważniejsze – rano na stole przy leżało 90 stron maszynopisu, 90 stron powieści.
Mały drops okazał się wybawieniem, czymś co może uratować życie i stworzyć karierę. Problemem jest to, że jedna piguła kosztuje 800 dolców, a Eddie nie ma ani grosza, postanawia więc odwiedzić tego, kto dał mu pierwszą pigułkę. Nie wdając się za bardzo w szczegóły warto powiedzieć, że Morra zdobywa cały woreczek tabletek, a jego życie zmieni się diametralnie.
Film Neila Burgera, znanego z „Iluzjonisty”, jest przykładem kina idealnie wyważonego. Jest tutaj bohater, którego da się polubić, jest ładna laska, czarny charakter, a nawet dwóch, znajdziemy tutaj także całkiem sensowną intrygę i będzie także trochę akcji. Całość jest naprawdę świetna i dopełnia ją niesamowicie pasujący do filmu soundtrack, za który odpowiada Paul Leonard-Morgan. To jedno z tych dzieł, jakie można oglądać wiele razy. Polecam.
