ON:

Wczorajszym wpisem zaczęliśmy perwersyjną zabawę, która ma potrwać siedem dni. Każdy kolejny będzie odsłaniał pewną część tabu, związanego z ludzkimi seksualnymi pragnieniami. Dziś zabierzemy się za pragnienia Elizabeth oraz jej kochanka Johna.

Z „9 i pół tygodnia” był problem. W Polsce można było najpierw obejrzeć ten film na skopiowanych po raz setny VHS-ach. Podłączone do starych kolorowych odbiorników odtwarzacze video, dawały oglądającym posmak Zachodu, którego tak bardzo chcieliśmy doznać. Kilka lat później zaczęły powstawać pierwsze wypożyczalnie video, w których to przemykało się pomiędzy gęsto zastawionymi półkami i szukało się filmów, które stawały się kultowe. „Cobra”, „Predator”, „Rambo” oraz te bardziej wstydliwe opowieści, jak opisywany dziś „9 i pół tygodnia”. Dlaczego piszę wstydliwe? Ponieważ dla nas, Polaków, którzy dopiero co wyszli jedną nogą z politycznego, pachnącego mieszanką stanu wojennego i komunizmu gówna, opowieści takie jak ta z filmu Adriana Lyne, mogły być perwersyjne.

Dla przeciętnego Kowalskiego, żyjącego w tamtych czasach, sex przypominał swoisty rytuał. Sex pod pierzyną, na wznak, z krzyżem wiszącym nad łóżkiem, bo bozia zawsze patrzy, a my jesteśmy krajem katolików. W niedzielę zaś szliśmy do kościoła, gdzie przy konfesjonale wyrzucano z siebie wstydliwe grzechy, które musiał przetrawić spasiony i rumieniący się od słuchania klecha. Teraz rozgrzeszenie, 5 zdrowasiek, komunia i do następnego małżeńskiego obowiązku. W domu, gdy oglądało się telewizję i na ekranie pojawiał się kawałek piersi lub kobiecego pośladka, rodzice często kazali odwracać wzrok. Nagość to był temat zakazany, a to, co działo się za drzwiami sypialni, nie wychodziło poza nią. Wiedzę i doświadczenia seksualne zdobywało się albo z gazet i filmów, albo na podwórku wśród kumpli. Zawsze znalazł się starszy od nas Marek (imię prawdziwego storytellera tamtych czasów), który mówił o mokrych bobrach, rozpalonych łonach, twardych pałach. To ulica była naszym nauczycielem.

Pierwszy raz „9 i pół tygodnia” widziałem u ciotki w domu. Akurat przyniosła film z wypożyczalni, a na okładce jak byk widniało oznaczenie, że mamy do czynienia z filmem od lat 18-tu. Wtedy było inaczej. Dziś to lekko erotyczne kino trąci myszką i nie mam tu na myśli kobiecej szparki. Półnaga Kim Basinger nadal jest seksowna, młody i pozbawiony botoksu we wszystkich możliwych miejscach Mickey Rourke nie przypomina swojej własnej karykatury. Ta para miała prawo podbić rynek swoją soczystą opowieścią. Co ciekawe, podobno to właśnie Europa pozwoliła ożyć temu zignorowanemu przez Amerykanów dziełu. Co było tego powodem? Ciężko mi powiedzieć. Romans pomiędzy Elizabeth a Johnem był czymś, czego Polskie kobiety raczej nie mogły doświadczyć. W naszym kraju na ewolucję seksualną trzeba było jeszcze trochę poczekać. Jednak koniec lat 80-tych i początek 90-tych ubiegłego stulecia, to w Polsce rządy kościoła, a także czas przemian, który miał nas przyzwyczaić do nowego. Naszymi żądzami i pasjami kierowała dzika ciekawość, a zapędy w postaci oglądania kobiecych łon, bardzo szybko pacyfikowano z kościelnej ambony. W tym całym pierdolniku i pruderyjności pojawia się para kochanków z dramatu erotycznego. Nie wiem co dla oglądającego ten obraz widza było bardziej niesamowite – sex w deszczu, pośrodku wąskiej uliczki, czy może to, że Elizabeth jest rozwódką. Przecież u nas nie było rozwodów. Brudy prało się we własnych czterech kątach.

I tak sobie przypominam ten pokój u ciotki, tę okładkę, którą jeszcze nie do końca rozumiałem i zastanawiałem się dlaczego, gdy pojawi się kobieca pierś, musimy odwracać wzrok od telewizora? Minęło wiele lat. Mam prawie 35 krzyżyków na karku i tak naprawdę po raz pierwszy w całości obejrzałem „9 i pół tygodnia”. Nie widziałem tutaj dzikiej perwersji ani niezdrowej przemocy, czy też seksualnego wyuzdania. Jest trochę zepsucia moralnego, ale mniej nawet niż w opisywanym wczoraj „Greyu”. Związek Elizabeth i Johna to bardziej psychologiczny labirynt wzajemnych podniet i lęków, niż wypełniona golizną opowieść. Gdy przyjrzymy się z bliska temu, co przekazuje nam reżyser, okazuje się, że każde z nas szuka spełnienia seksualnego w granicach, które dają szczęście. Jeden krok może doprowadzić nas na skraj, do ruiny, do miejsca, z którego nie będzie powrotu. Dla każdego ten krok będzie inny. Romans, czy też flirt, może zakończyć się tragicznie, ale rozstanie, a co za tym idzie –  utrata kogoś, kto dawał pasję i kogo kochaliśmy, jest chyba najgorszą karą za naszą nieostrożność. Dzieło to jest klasykiem, zapisał się na kartach kinematografii między innymi właśnie dzięki Kim i Rourke’owi, którzy wspaniale oddali swoje postacie. Niestety, minęło trochę czasu i romans ten nie smakuje już jak czekoladowa pralinka, a raczej, jak wysuszona śliwka, którą musimy polizać. „9 i pół tygodnia” wydaje się więc być kinem dla konesera, osoby, która chce przypomnieć sobie minione czasy.

ONA:

No i musieliśmy iść do kina na „Grey’a”, żeby zmobilizować się do obejrzenia kilku erotyków i zrobienia sobie mocno seksualnie-filmowego tygodnia. Ta lista filmów, które wybraliśmy na najbliższe dni, ma chyba z 1,5 roku. Postanowiłam wybrać klasyki, ale bardzo dobrze oceniane. Oczywiście, mamy już na blogu „Oczy szeroko zamknięte” i „Nagi instynkt”, ale jeszcze wiele było przed nami. Zaraz po „Grey’u” zabraliśmy się za dzieło, które również dość mocno opowiada o dziwnej relacji między kobietą a mężczyzną, w której pierwsze skrzypce gra uległość. W życiu bym nie pomyślała, że „9 i pół tygodnia” jest właśnie o takich zabawach. Myślałam, że to po prostu klasyczne i konkretne uwodzenie, którego następstwem był dobry seks. I w życiu bym nie pomyślała, że Mickey Rourke był kiedyś takim przystojnym draniem!

Elizabeth (Kim Basinger) to mega apetyczna, trzydziestoletnia rozwódka, która pracuje w galerii. Podczas zakupów spotyka Johna (Mickey Rourke). Niby zwykłe spotkanie, a jednak, szybko okazuje się, że stanie się ono początkiem czegoś więcej. Wzajemna fascynacja, budowana na coraz bardziej erotycznych prowokacjach, szybko zaciąga parę do łóżka. Od tej chwili zaczyna się zabawa, bardzo uzależniająca, coraz bardziej perwersyjna, by wręcz nie powiedzieć – sadystyczna. Ale zanim Elizabeth zda sobie sprawę z tego, że jej kochanek ma dość specyficzne pociągi – no nie powiem, fajne rzeczy się dzieją. Początkowa fascynacja i namiętność, której jeszcze chwilę temu było tak dużo, staje się początkiem końca, bowiem w końcowym rachunku – żadnemu elementowi tego układu nie chodziło o to, co dostał.

Zacznę od banału, ale dość istotnego: ten film ma genialną oprawę muzyczną. I w odróżnieniu do „50 twarzy Grey’a”, nie były to fragmenciki utworów, dołożone na zasadzie zapychania tła. Kolejna rzecz – ten film jest szalenie zmysłowy, a pomiędzy bohaterami widać chemię – tego również brakuje w ekranizacji przygód erotycznych Any i Christiana. No i nie mogę doczepić się doboru aktorów, bowiem Mickey nie miał jeszcze wtedy ryja, który się topi jak ser na pizzy, więc był absolutnie przystojnym facetem, a Kim to Kim. Ona zawsze wygląda bosko, nawet teraz, po tych wszystkich latach. No i seks. Przecież to erotyk, więc ten element jest równie ważny jak obsada, czy fabuła. I seks tutaj, szanowni państwo, mamy wyborny. Może nie chodzi mi o sam moment „kopulacji”, ale to wszystko, co John robi swojej kobiecie. Zabawa z jedzeniem, kostka lodu, ciągłe otwieranie czegoś nowego, czegoś świeżego i innego. Mam wrażenie, że z całego zestawu filmów, które tu opiszemy w ciągu kolejnych dni, właśnie „9 i pół tygodnia” jest dziełem najlepszym i jeśli poszukujecie „inspiracji”, to odsyłam Was właśnie do tej pozycji. No, może poza finałem. Skupcie się na samych zabawach.