ONA:
Kino szpiegowskie? Poproszę! Jestem gotowa, zawsze i wszędzie. Ten gatunek to moja wisienka na torcie. Uwielbiam, ubóstwiam, przepadam. A gdy jest zrobiony z pomysłem, gdy ma świetny klimat, jest i z akcją, i z elementami komediowymi, to wpadam jak kamień w wodę. „The Man From U. N. C. L. E.” to bardzo fajna produkcja, która świetnie wpisuje się w mój gust „szpiegowski”, mile łechtając mnie tam, gdzie lubię.
Mamy okres Zimnej Wojny. Z jednej strony USA i sojusznicy, a z drugiej ZSRR i sojusznicy. Nienawidzą się serdecznie i rywalizują ze sobą na każdym możliwym polu. Ale w pewnym momencie zaczynają mieć wspólnego wroga – wroga, który zagraża im obu, który ma ogromne ambicje i który całkiem możliwe, że pobawi się w kolejną wojnę, po której zostaną nam tylko kije i kamienie. Trzeba spiąć dupki, schować niechęć i honor i zacząć pracować razem. Z jednej strony Napoleon Solo (Henry Cavill), z drugiej – Illya Kuryakin (Armie Hammer). Każdy z nich ma zupełnie inne metody pracy. Obaj są skrajnie dumnymi i honorowymi przypadkami, ale to w jaki sposób się to przejawia – różni ich kompletnie. Jeden drugiemu chce zaimponować i zaskoczyć go. Sprzeczają się, walczą ze sobą, a do tego wszystkiego muszą „niańczyć” Gaby Teller (Alicia Vikander), która jest bardzo istotnym elementem całej układanki.
Od razu napiszę Wam co mnie ujęło i położyło na kolana. Klimat! Mamy retro stylizacje, wnętrza, ubrania – wszystko. A jest to zrobione w tak perfekcyjny sposób, że mogłabym ten film obejrzeć jeszcze raz, tylko po to, by skupiać się na tym, co jest w tle. Uwielbiam, gdy dzieła są tak dopieszczone. Poza tym Cavill i Hammer są tak przystojnymi aktorami, że oglądanie ich to absolutna rozkosz. Mają tu niby podobne, ale jednak bardzo różne role i to sprawia, że chcesz być szyneczką między nimi. Ale spokojnie, drodzy panowie – część kobieca jest również szalenie apetyczna. Vikander gra tu zadziorną młodą kobietkę, która jest prześliczna i która z samochodami potrafi zrobić wszystko, a po stronie „zła” jest Elizabeth Debicki, posągowo piękna blondynka. Wysoka (190 cm), tajemnicza i bardzo, bardzo, bardzo zła.
Jeśli chodzi o samą fabułę, to jest ona dobra. Nie robi jakiegoś wybitnego szału, nie jest też skrajnie zakamuflowana i poplątana, ale można ją rozgryźć dość szybko. Tylko nadal ogląda się tę produkcję bardzo sympatycznie. Jest akcja, jest dowcip, są piękne kobiety, szybie samochody, jest knucie. Można było by go skrócić o 10-15 minut, by jeszcze bardziej wzmocnić tempo.
ON:
Dobre filmy szpiegowskie powróciły do kin. Najpierw całkiem zjadliwy „Mortdecai”, później „Kingsmeni”, a teraz „The Man From U.N.C.L.E.”. Muszę przyznać, że przy każdym z tych tytułów bawiłem się naprawdę dobrze. Film szpiegowski żyje i ma się naprawdę dobrze.
Na „The Man From U.N.C.L.E.” poszliśmy jakiś czas po premierze. Nasze małe Kino na Starówce jak zwykle pozwoliło obejrzeć nam ten obraz w spokojnej atmosferze, bez przepełnionej sali i dzwonków telefonu w środku seansu.
O samym filmie wiedziałem niewiele. Gdzieś przeczytałem kilka zdań o fabule, wiem, że dzieło powstało na bazie serialu sprzed lat i to tak naprawdę tyle. I chyba dobrze, że tak zrobiłem, gdyż dzięki temu chłonąłem opowieść w sposób kompletny. Nie musiałem obawiać się spojlerów, które w przypadku „The Man From U.N.C.L.E.” mogą popsuć całą zabawę.
Historia zaczyna się w Berlinie, w czasach, kiedy mur berliński dzielił to miasto na dwie strefy. W jednej z nich przebywa młoda pani mechanik, której to ojciec podobno współpracuje z nazistami. Wiadomo – po II Wojnie Światowej każda strona obawia się wznowienia konfliktu, dlatego wywiady wielu mocarstw szukają, węszą i inwigilują. W Berlinie poznajemy Napoleona Solo, faceta, który jest niesamowicie dobrym złodziejem i jeszcze lepszym szpiegiem. Dlaczego bawi się w pracę dla rządu? Bowiem miał na swoim koncie tak dużo przestępstw i kradzieży, że postawiono mu ultimatum: praca dla wywiadu lub więzienie. Wiadomo co wybrał. Napoleon ma za zadanie przejąć młodą panią mechanik i wraz z jej pomocą i wiedzą znaleźć ojca. Praktycznie wszystko idzie zgodnie z planem do chwili, gdy na scenie pojawia się rosyjski szpieg Illya Kuryakin. Trzeba przyznać, że chłop jest konsekwentny w swoich działaniach i bardzie niewiele brakuje, by dopadł uciekającą dwójkę. W tym momencie robię STOP. Nie zdradzę więcej fabuły.
„The Man From U.N.C.L.E.” to dobrze nagrane, zagrane i poprowadzone kino. Jest tutaj wszystko czego oczekujemy od tego typu filmów. Dołożenie do szpiegowskiego kina akcji odrobiny cierpkiego humoru – odświeża tego typu opowieści. Po raz kolejny mamy dobre posunięcie twórców. Po prostu należy dać widzom to, czego oczekują. A oczekują dobrej rozrywki. Polecam z czystym sumieniem!
