ONA:

Miałam ogromny problem, by wytypować mojego faworyta, jeśli chodzi o „Najlepszy film” podczas tegorocznych Oscarów. I nie, nie była to „Zjawa”. Moje uczucia były rozdarte pomiędzy „Spotlight” a „Room”. Koniec końców udało mi się trafić w dychę, bo postawiłam na film o reporterach, ale to dzieło Lenny’ego Abrahamsona dosłownie wyrwało mnie z butów.

Ma (Brie Larson) to dziewczyna, która 7 lat temu została uprowadzona. Była pocieszną, beztroską nastolatką, która chciała pomóc obcemu mężczyźnie z chorym psem. Jak można łatwo się domyślać – mężczyzna ten ją uprowadził. Od tej chwili jej codziennością stał się mały, niezbyt jasny pokój. To był jej cały świat. Tam żyła, spała. Tam miała łóżko i toaletę. Świat. Cztery ściany. Sufit. Okno w dachu. Dokładnie zamknięte drzwi, które strzegł kod. I mężczyzna, który regularnie „odwiedzał” ją w wiadomym celu. Wkrótce na świecie pojawił się Jack (Jacob Tremblay). Ma za wszelką cenę i wszelkimi możliwymi sposobami, próbowała przechytrzyć porywacza, by uwolnić z pokoju nie siebie, a swojego syna. Nawet kosztem własnego życia.

I tak, zaspoileruję – udaje się. Bo tak naprawdę nie o tym jest ten film. „Pokój” bardziej rozprawia o tym, co działo się z bohaterami po wszystkim. Po ucieczce. 7 lat w niewoli zrobiło swoje. Jack musi poznać świat, zacząć socjalizować się, żyć w społeczeństwie. A Ma, która tak naprawdę ma na imię Joy, musi stanąć na nogi.

Ten film jest pierońsko ciężki. Ale też piękny. Jest minimalistyczny, ale przepełniony tak silnymi emocjami, że odbiera oddech. Tremblay zgarnia wszystko – całą uwagę. Jego bohater jest takim małym, bezbronnym pisklakiem, który dosłownie boi się całego świata, a tylko przy skrzydle matki czuje się bezpieczny.

Mogłabym wymieniać to wszystko, co mi się podobało. Że świetnie zagrany, że opowiedziany tak, że czujesz na barkach tę historię, że cudowne zdjęcia, ale to wszystko i tak nic. Ten film to definicja chyba wszystkich możliwych emocji, na jakie stać człowieka. Przepiękne, mądre, bardzo ważne dzieło. Do obejrzenia obowiązkowo!

ON:

Możliwe, że z racji tego, iż wiedziałem o czym jest „Room”, podszedłem do niego z pewnym dystansem. Dlatego nie wgniótł mnie w fotel, nie spowodował, że miałem depresję i nie zrobił na mnie niesamowitego wrażenia. Jest jeszcze drugie wytłumaczenie – po prostu jestem nieczułym draniem.

Opowiedziana w filmie historia jest dramatyczna, jest przejmująca i jest niesamowicie poruszająca. Niestety, nie odebrałem jej w sposób odpowiednio głęboki, by przeżywać wszystkie rozterki wraz z główną bohaterką i jej synem. Nie mówię, że jest to złe kino, ale trzeba obejrzeć je z odpowiednim nastawieniem. Gdy popatrzeć na bohaterów, to nie wyobrażam sobie, aby ktoś pozostał przy zdrowych zmysłach po tym, co oni musieli przejść. Z drugiej strony – skąd biorą się takie chore pojeby, które żyją wśród nas i nawet nikt nie jest w stanie zauważyć, że nierzucający się w oczy pan Kazek jest niezłym zjebem i mordercą?

Dla mnie jednak je jest to obraz Oscarowy. Brie Larson zagrała bardzo dobrze, możliwe, że nawet statuetka jej się należała, jednak dzieło to jako całość miał prawo przegrać z opartym na faktach i naprawdę bardzo dobrze zagranym i skonstruowanym „Spotlight”. „Room” jednak obejrzeć warto, a nawet trzeba. To film potrafiący wywrócić na drugą stronę nawet te mniej wrażliwe osoby. Mi akurat udało się tego uniknąć. Może i dobrze, bowiem pewne obrazy potrafią pozostać w pamięci na bardzo długo.