ONA:

Będę całkowicie nieobiektywna. W przypadku tego filmu powiedziano już wszystko, ale niedawno spędziliśmy wieczór w jego towarzystwie, więc do dzieła.

„Alicja w Krainie Czarów” była moją pierwszą książką, którą przeczytałam i w której się zakochałam totalnie. Nie ma słabych elementów. Wracam do niej bardzo często, mimo, że generalnie fanka fantasy nie jestem wcale. Ale Alicja to Alicja. Powrót do dzieciństwa.

Radość, kiedy do kin wszedł film na podstawie powieści, była przeogromna. A potem posypały się negatywne opinie, że jak na Burtona to słabo, że irytujący, nudny i beznadziejny. A ja absolutnie się z tym nie zgadzam. Kino Burtona ma to do siebie, że jest dość mroczne i zaskakujące, i taka też jest „Alicja”. Ja za każdym razem oglądam ten film z otwartymi ustami i mimo, że znam go na pamięć, ciągle zauważam jakieś smaczki, a to z bohaterami i ich wyglądem, a to z efektami. Bo efekty moim zdaniem są świetne! Każdy detal jest dopracowany, nawet sposób znikania kota. Strasznie podoba mi się humor w tej historii, a bohaterowie są tak opisani, że mogą wydawać się znajomi i przypominać naszych bliskich.

Ogromny plus za kostiumy. Jeszcze większy za muzykę.

Jeśli chodzi o minusy to są dwa: Mia Wasikowska (główna bohaterka) jest słaba w tej roli strasznie. No i Anne Hathaway, jako Biała Królowa budzi we mnie nieznane pokłady irytacji. Ogromną wadą jest też polski dubbing. Pazura (Kapelusznik) dla mnie skończył się na Kilerze, a Kasia Figura (jako głos Czerwonej Królowej) jest po prostu przaśna.

ON:

Tim Burton to dla mnie reżyser, który kojarzy mi się z mrocznym klimatem i filmami, w których gra Johnny Depp. To obrazy, które przypominają mi książki Gaimana. Niedopowiedziane historie z pogranicza strefy mroku, lekko horrorowate, które powodują, że w naszym umyśle zasiewa się ziarnko niepewności, które kiełkuje gdy siedzimy sami w ciemnym pokoju, a lampa w kącie nie jest już tylko lampą, a stworem z drugiej strony lustra.

Mam ogromny szacunek do niego jako reżysera, bo w większości przypadków jego filmy trzymają wysoki poziom i nie zawiodą prawdziwego fana mrocznych obrazów. Burton wziął się za klasykę, za Alicję w krainie czarów, którą chciał podać w przyrządzonym przez siebie sosie. Niestety dla mnie sos ten okazał się rozmemłaną breją, której nie jestem w stanie przełknąć. Może moim problemem jest to, że oczekiwałem takiej Dickensowskiej wersji Alicji, okraszonej mrocznym psychodelicznym budyniem, jaki podał nam American McGee. Nie wiem, ciężko mi powiedzieć. Dla mnie ten film jest nudny, przekoloryzowany i przejaskrawiony, postacie są nijakie, wszystko jest nijakie. Alicja jest rozmemłana, jak kluski z serem, Szalony Kapelusznik to nie postać dla Deepa, Czerwona królowa jest irytująca, Biała zaś po prostu jest tak głupio nieporadna, że nie dziwie się, że ktoś jej odebrał władzę. Może się pastwię nad tym filmem, może ma on coś w sobie, czego nie widzę, ale trudno – nie będę starał się oglądać go trzeci raz.

Moja opinia jest następująca, jak nie musicie – nie oglądajcie. Lepiej przeczytać książkę lub odpalić American McGee’s Alice od EA