ONA:

Jeśli chodzi o Bernarda Miniera, to dla mnie ten twórca był zupełnie nieznany. A potem w jakieś księgarni jednym tchem przeczytałam prolog „Kręgu” i już wiedziałam, że ta książka będzie moja. Dodatkowo – megaśnie podjarałam się okładką. Do konsumpcji przystąpiłam z wielkim głodem, ale niestety – trochę się ze sobą męczyliśmy.

Od razu wyjaśnię: nie chodzi o samą fabułę, tylko o to, że czytałam, a raczej próbowałam czytać, tę pozycję w dość ciężkim czasie, kiedy to dni zlewały się w jedną, wypełnioną obowiązkami całość, a sen trwał max. 4 godziny. Początkowo za powieść Miniera zabierałam się leżąc już w łóżku, ale zwykle kończyło się to tak, że po 10 minutach Dawid ściągał mi ją z twarzy, odkładał i gasił światło, bo ja dosłownie – padałam. Nie mając pojęcia gdzie skończyłam czytać jak i tego co już przeczytałam, zaczynałam rozdział od nowa i w ten oto sposób „czytałam” „Krąg” przez dobre 2 miesiące. A z pewnością jest to pozycja do łyknięcia na 2-3 posiedzenia, bo fabuła wciąga – teraz to wiem. Jednak zanim zacznę o niej opowiadać zaznaczę, że nie jest to powieść dla osób, które nie lubią zbyt dużej ilości bohaterów, wątków, miejsc i wydarzeń, bo w tym wypadku mamy totalny kalejdoskop tego co się działo, dzieje i będzie dziać. Zupełnie jak w ostatniej powieści J.K. Rowling – wszystkie te elementy mnożą się jak szalone króliki. I tak samo jak w przypadku „Trafnego wyboru” – warto przemęczyć się przez te wszystkie detale, by dotrwać do końca, który jest absolutnie zaskakujący. A o co chodzi?

Wszystko dzieje się w małym, uniwersyteckim miasteczku. Jego niewątpliwy urok i spokój zakłóca tragiczna śmierć wykładowczyni, która wcale nie wygląda na „przypadkową”. To jeden z pierwszych wątków. Do akcji wkracza komendant Martin Servaz, który na prośbę swojej dawnej miłości, trochę zbyt mocno angażuje się w śledztwo. Dodam – syn tej kobiety jest głównym podejrzanym. Jak widać atmosfera się ekstremalnie zagęszcza, a ilość wątków, powiązań i osób narasta gargantuicznie. Chcecie więcej? Otóż podejrzany Hugo został znaleziony w posiadłości swojej nauczycielki, ale był totalnie przyćpany. Po pierwsze: czy zabił i przez substancje aktywne nic nie pamięta? Po drugie: co robił po nocy w domu swojej psorki? No i najlepsze – Hugo jest przyjacielem córki naszego głównego komendanta. Servaz nie ma wyjścia – musi zająć się tą sprawą. Szczególnie, że ma pewne podejrzenia… Otóż okazuje się, że ze ściśle strzeżonego zakładu dla obłąkanych ucieka nemesis naszego bohatera, Hirtmann. Zaczynamy zabawę w kotka i myszkę, ale podział tych ról nie jest zbyt oczywisty.

Za każdym razem kiedy już wydawało mi się, że rozpracowałam autora i wiem kto zabija i po co, dostawałam w pysk, a moje przypuszczenia siedziały w kącie i bujały się jak przy chorobie sierocej. Bez wątpienia – Minier potrafi wodzić czytelnika za nos. Jego opisy są bardzo dokładne, a kreacje bohaterów, mimo, że szczegółowe, ciągle zostawiają jakąś furtkę do kolejnej niewiadomej. Nie są to postacie oczywiste i błahe, które na wskroś potrafimy rozpracować przy pomocy kilku rozdziałów. Akcja jest dynamiczna: skaczemy po miejscach, po osobach, momentami wręcz tracąc oddech. Najlepsze jest to, że nigdy nie mamy stuprocentowej pewności, że dany detal, szczegół, nie będzie właśnie tym jednym tropem, dzięki któremu poznamy szybciej finał historii. Klimat jest mroczny, tajemniczy, lekko dziki i nieobliczalny, przypominający mi bieganie po lesie ciemną nocą, kiedy nagle wszystko wydaje z siebie jakieś złowrogie dźwięki, a jedyne światło to tylko to odbite, od księżyca i dodatkowo zasłonięte co jakiś czas konarami drzew. Koniec książki wbija w fotel. Wszystkie nasze podejrzenia zostają wywalone bebechami na lewo, a nasze oczy i usta otwierają się w „odrętwieniającym” zdziwieniu.

„Krąg” jest drugą książką Miniera. Jego pierwsze działo „Bielszy odcień śmierci” wprowadza nas poniekąd w historię komendanta Servaza, a ja oczywiście – musiałam zacząć od złej strony. Jednak spokojnie – nawet nie czytając poprzedniej części jesteśmy na bieżąco i nie umyka nam zbyt wiele. „Krąg” nie jest lekturą bardzo lekką i przyjemną, nie należy do niego podchodzić jak do jakieś błahej sensacji typu „Zabili go, a on uciekł”. To zdecydowanie większy kaliber, który wymaga przede wszystkim skupienia i otwarcia umysłu, by nie zgubić niczego, co jest wartościowe. Nieprzewidywalność fabuły połączona z niewątpliwie niezłym talentem pisarskim autora daje nam kryminał, który wpisuje się w kanon cech, które ten gatunek mieć musi. Polecam.