ON:

Jak to dobrze czasem cofnąć się w czasie i obejrzeć filmy z budżetem 30-tu tysięcy dolarów, które potrafiły straszyć jak żadne. Sam Raimi właśnie za taką kasę stworzył „The Evil Dead” i zapisał się w pamięci wielu wielbicieli horrorów, jako postać kultowa. Każdy fan kina grozy pamięta bowiem historię Asha i jego ukochanej, którzy wylądowali w domku na odludziu i stali się świadkami makabrycznej krwawej opowieści.

Hail to the king, baby! – powidział Duke. Mineło dobrych 15, może 20 lat. I inna postać związana z popkulturą, sławny i znany Duke Nukem wypowiada te słowa wielokrotnie, podczas swoich komputerowych rozwałek. Wielu z graczy nawet nie ma pojęcia, że jest to swoisty hołd dla Asha (Bruce Campbell) i jego twórcy Sama R. „Martwe Zło” był filmem gore, „Martwe Zło 2” horrorem z elementami komediowymi, a „Armia ciemności” lub jak kto woli „Martwe Zło3” to już typowa czarna komedia z elementami horroru. Właśnie to dzieło zagościło dziś przez przypadek na naszym ekranie. Po wydarzeniach znanych z pierwszej i drugiej części Ash ląduje ze swoim samochodem w czasach średniowiecznych. Z auta nie zostało za wiele, on sam zaś wpada w łapy nawiedzonych rycerzy. Zakute blaszane łby biorą go za szpiega wojsk nieprzyjacielskich. Zostaje zatrzymany i zaprowadzony do zamku, gdzie ma zostać zgładzony wraz z innymi jeńcami. Całe szczęście lord, który go pojmał, ma kumatego mędrca przydupasa i tylko dzięki jego rozsądkowi Asowi udaje się cało wyjść z jamy potwora. Od tej chwili to tak naprawdę przybysz z przyszłości będzie rządził tym grajdołkiem i on stawi czoło tytułowej „Armii Ciemności”. Aby to zrobić musi zdobyć przeklętą, pojawiającą się we wcześniejszych filmach księgę, zwaną Necronomicon. Tak to ten sam grimoire, znany bardzo dobrze z opowiadań H.P. Lovecrafta. Księga, przez którą wielu straciło zdrowie psychiczne, a jeszcze więcej osób życie. Ash wyrusza więc na jej poszukiwanie.

Dzieła Raimiego graniczą chwilami z absurdem. Pomieszał on horror, gore, komedię i surrealizm w jednym garze i zaserwował to danie bez żadnej krępacji. Jak na lata 80-te i 90-te, kiedy pojawiły się filmy, mieliśmy do czynienia ze specyficznymi dziełami. W tamtych latach pewnie 90% z nas widziała „The Evil Dead” na VHS, w jakości makabrycznej albo bardzo makabrycznej. Nie przeszkadzało nam to jednak czerpać z tych filmów wiele radości. „Martwe Zło” jest dla mnie pozycją kultową. Pamiętam ją sprzed jakiś 20 lat, a po dzisiejszym seansie stwierdzam, że bardzo się zestarzała, ale całe szczęście od kwietnia możemy podziwiać remake filmu z 81-roku. Jaki jest nowy „Evil Dead”? Dowiecie się za jakiś czas.

ONA:

Lata 80-te i początek 90-tych to dla mnie tajemnica totalna. Nie pamiętam nic, poza jakimiś elementami. Pamiętam Jarmilki z Czech, czyli te białe „trampki” z gumką pośrodku, pamiętam kluski „na parze”, które jadłam w przedszkolu, bo były polane najlepszym sosem waniliowym, jaki kiedykolwiek powstał (i mama obiecała mi, że kiedyś to powtórzy i jak ostatnio go zrobiła, to przypominał niedosłodzony i rzadki budyń waniliowy *smuteczek*). Poza tym w latach 80-tych żyłam zaledwie 4 lata i większość tego czasu śliniłam się i nie panowałam nad swoimi płynami ustrojowymi. Już zdecydowanie lepiej było w następnej dekadzie.

I dopiero od niedawna „uzupełniam” klasyki z tamtych kiczowych czasów, przy czym wprawiają mnie one bardziej w politowanie, niż w zachwyt nad tym, jak człowiek kreował filmową rzeczywistość przy pomocy gumy, sylikonu i obrazu nakładanego (na dodatek byle jak). „Armia ciemności” (1992) to dla mnie kwintesencja tego wszystkiego, co w moim – jak najbardziej stereotypowym myśleniu – składa się na kinematografię sprzed ponad dwóch, a prawie trzech dekad. Nie potrafię znaleźć w tego typu filmach niczego, co mnie nie irytuje i nie wywołuje skrajnego rozgoryczenia. To wszystko (poza jednym elementem, o którym wspomnę dopiero na sam koniec) nie jest dla mnie w ogóle wartościowe. Aktorstwo jest słabe, oparte na przeroście dramaturgii i niezbyt dopasowanej do sytuacji mimice, która wygląda komicznie nawet w dramatach, nie wspominając już o płytkich scenariuszach, z siłowym upchnięciem wątków „z innych czasów” tylko po to, by pochwalić się umiejętnością okiełznania plasteliny. No właśnie – plasteliny. Nasza rodzima kinowa produkcja ciągle wisi na poziomie tej zagranicznej, z lat 80-tych, szczególnie gdy w grę wchodzą filmy wojenne i wybuchy petard, zamiast fejkowego bombardowania wrogich wojsk. Natomiast jeśli chodzi o holyłódzkie kino z tamtych lat, to ja po prostu nie mam za sobą subtelnego „przejścia” z tej sylikonowej tandety, do coraz bardziej „skomputeryzowanych” efektów, dlatego takie cofnięcie się w rozwoju mnie boli. „Armia ciemności” mnie tak specyficznie „wymęczyła”, że zdążyłam ogarnąć moje „to do” na cały tydzień, by tylko nie zmuszać umysłu do analizowania tego, co właśnie zmysł wzroku wyłapuje. Bębnienie w klawiaturę okazało się najskuteczniejszą formą walki z wtórnym upośledzeniem.

Ale jest coś, co w kinie z tamtych lat coś, co sprawia, że jednak i mimo wszystko go oglądam. Humor moi drodzy. Humor przed duże, jędrne i bezlitosne „H”. Twórcy nie ciaćkają się z nikim i z niczym. Jest wrednie, jest niepoprawnie, jest kpina i wielgachny polew na wszystko i wszystkich. Do tego jest krwawo i obrzydliwie, a gag goni kolejny, oblany dużą ilością sztucznej krwi i jelit z uszczelniacza. Nie wrócę nigdy po raz drugi do tej pozycji, niemniej – nie wydaje mi się, że straciłam jakoś wybitnie nieodwracalnie czas przy dziele kolesia od „Spider-Mana”.