ONA:
Mario Puzo w swojej najpopularniejszej powieści, na podstawie której nakręcono jakże genialną trylogię pisał, że „Zemsta to potrawa, która smakuje najlepiej, kiedy jest zimna”. I kto kiedykolwiek poczuł ten zestaw emocji, zaklętych w tym jednym działaniu wie, że czasami warto, czasami wręcz trzeba. Filozofowie od zawsze „babrali” się w etycznym rozpracowaniu tego pojęcia. Jako „działanie niekoniecznie dobre” zemsta czasami wyrządza jeszcze więcej szkód, niż pożytku, bywa i dotkliwa dla osoby, która chce wynagrodzić sobie krzywdy, jak również prawdą jest to, że gdyby ludzie w ramach zemsty wydłubywali sobie oczy, to świat szybko okazałby się niewidomy. Dlaczego jednak tyle osób decyduje się „ślepo” wymierzyć sprawiedliwość? Przeanalizujmy to na podstawie sylwetki Clyde’a Sheltona (którego genialnie zagrał Gerard Butler), bohatera filmu „Prawo (a jakże) zemsty”, który umilał nam któryś z wieczorów. F. Gary Gray (którego ja nazywam „Gary Gary”) podał nam historię zemsty, na którą czeka się kilka lat. I przez ten czas „zawieszenia” można ją do perfekcji opracować i zaplanować. Spokojną, idealną sielankę rodzinną u Sheltonów zaburza dwóch kolesi, którzy napadają ich i na oczach pana domu zabijają jego żonę i córkę. Co lepsze, jeden z oprawców dostaje karę śmierci, ale drugi – jeno kilka lat odsiadki. Mija bodaj dekada. Wydawać by się mogło, że to już pora uśmierzyć ból i wyleczyć cierpienie. Widzimy jak na kolesiu wykonywany jest wyrok, ale nie ma on nic wspólnego ze spokojną, humanitarną śmiercią, która usankcjonowana jest prawnie. I wtedy się zaczyna niebezpieczna gra, w której trup pada gęsto i w bardzo finezyjny, pomysłowy sposób. Clyde Shelton wraca, ale robi to perfekcyjnie. Pragnie poczuć słodką zemstę nie tylko na tych dwóch, którzy odebrali mu sens życia, ale i na innych osobach, które u doprowadziły do tego, że morderca jest już na wolności. I jak w idealnie ułożonym dominie, klocek po klocku spadają, a wszystko idzie jak po sznurku, z misternie utkanego przez Sheltona morderczego planu. Bo tak, złamany i załamany koleś nie bacząc na to, że staje się „mordercą”, chce wymierzyć sprawiedliwość w sposób bezpośredni i pośredni. Tylko jak się okazuje, największą chrapkę ma na prawnika, aktualnie prokuratora – Nicka Rice (Jamie Foxx), który ma sporo na sumieniu.
Film jest świetny. Ciągle trzyma nas w napięciu, bo wydawać by się mogło, że główny bohater skończy swoją krwawą krucjatę, kiedy dopadnie mordercę swoich ukochanych. A u klops. Ten koleś jest tylko początkowym akapitem, by potem pociągnąć wybuchową mieszankę i by zachwycić nas tajemnicą „Kto jest następny?” Poza tym, twórcy świadomie lub nie bawią się z nami w grę nie tylko z punktu widzenia fabuły, bo na przykład Clyde w pewnym momencie ląduje w więzieniu, a ludzie nadal giną, ale zahaczają i o moralny aspekt (wzorowy ojciec staje się bezwzględną maszyną do zabijania – motyw tak oklepany, jak przód mojej Corsy). Poza tym, to też kolejna rozprawa o systemie i nad systemem, który jest po prostu daremny. Niestety, film nie jest bez wad, a już największą chałą wśród nich jest zakończenie, trochę za bardzo ckliwe, jak na tyle emocji i trupów.
„Gary Gary” to nie jest reżyser, który potrafi uwieść od A do Z, ale posiłkując się całkiem niezłym dynamizmem i obsadzając Butlera w roli głównej, zyskał moją przychylność na co najmniej 110 minut.\
ON:
Zemsta podobno najlepiej smakuje na zimno. Wystarczy poczekać, kiedy nasz cel przestanie być świadomy zagrożenia, jakie czeka go z naszej strony i wtedy wbić mu nóż w plecy. Jeśli mścimy się, to należy pamiętać, aby nie pozostawić nikogo, kto będzie kiedyś mógł przyjść do nas (i odpłacić za nasze działania). Zostawmy za sobą krajobraz wypalony do samej ziemi, do gleby, która już nigdy nie przyjmie ziarna.
Historia nauczyła nas tego, że nie powinniśmy wybaczać, kto nadstawia drugi policzek dostaje wpierdol i przeważnie kończy jako pożywienie dla ryb lub robaków. W przyrodzie przetrwają tylko najsilniejsi. Nie oznacza to, że będąc jednostką poszkodowaną nie możemy się odgryźć, dokopać w jajka, aż zaboli i oczy załzawią naszemu przeciwnikowi. Mario Puzo w „Ojcu Chrzestnym” bardzo dobrze pokazał jak działa vendetta, a wahanie i miękkie serce może doprowadzić do jeszcze większego rozlewu krwi. Gdyby Don Vito Corleone inaczej poprowadził swoje sprawy, to Michael nie musiałby brudzić swoich rąk. Do motywu odwetu przyzwyczaił nas też Martin Scorsese. W jego filmach pojawia się on dość często, przeważnie w aspekcie mafijnym. Widać, że mimo, iż mamy do czynienia z przestępcami, to jednak z ludźmi na swój sposób honorowymi. Podobnie jest w kinie, jakie serwuje Takeshi Kitano, jego fenomenalny „Brother” pokazuje tą mniej znaną w europie kulturę azjatycką. Honor samuraja, który w pewien sposób zakorzenił się w strukturach Triady. Ponadto Kitano daje nam coś jeszcze: jego dzieła są malowniczo spokojne, mimo że brutalne i pełne akcji. Zemsta w jego wydaniu jest jak świeże sushi z ryby, którą o 4 rano zakupiono na tokijskim targu rybnym. Azjatycką „vendettę” chciał przenieść i uważam, że bardzo udanie do zachodniego kina, Jim Jarmusch w „Ghost Dog – Droga samuraja”. Główny bohater zostaje postawiony pod ścianą, przyparty do muru i żadna drogą, jaką wybierze nie będzie dobra. Może przyjąć wyrok śmierci, jaki nałożyli na niego mafiozi lub porzucić kodeks samuraja i zemścić się na tych, którzy oczekują jego śmierci. Ale czy tylko mafia i przestępcy się mszczą? Nie trzeba daleko szukać, aby odpowiedzieć na to pytanie. „Lolita”, tak słodka Lo, czy to nie dla niej Humbert wziął pistolet i zabił lubieżnego Quilty’ego. On przecież przyczynił się do jej odejścia. Jeśli jeszcze czyny wielbiciela słodkiej Lolity możemy potępiać, to czynów Maximusa z „Gladiatora” nie możemy. Droga, jaką musiał przejść, by otrzymać upragnione danie smakujące najlepiej na zimno, była długa i pełna trudów, ale jej koniec przyniósł upragnioną nagrodę. Chęć zemsty się nie przedawnia. Nie odkłada się jej na półkę, aby kurzyła się razem ze starymi rupieciami. Pielęgnujemy ją, ziarno zostaje zasiane w sercu i tam kiełkuje przez miesiące, a nawet lata. Gdy już nadejdzie czas, zrywamy owoc z tego drzewa i zaczynamy krwawy akt. Kto sieje wiatr zbiera burzę, a burza stworzona z vendetty nie zna kompromisów.
Udowadnia to Clyde Shelton (Gerard Butler) w filmie „Prawo Zemsty”. Ten spokojny mąż i ojciec staje się świadkiem okrutnego mordu. Podczas włamania ginie jego żona oraz kilkuletnia córka. Zdruzgotany mężczyzna wierzy w amerykański wymiar sprawiedliwości. Jakież jest zdziwiony, gdy okazuje się, że jego obrońca podważa większość dowodów, dogaduje się z jednym z morderców i w zamian za zeznania w innej sprawie, załatwia mu łagodny wyrok. W tym momencie ziarno zostało zasiane. Minęło dziesięć długich lat. Wielu słabszych ludzi nie poradziłoby sobie ze stratą bliskich, z tym, co wydarzyło się w sądzie, ale nie Clyde. Knuł i planował, a sztukę tę miał opanowaną do perfekcji. Doświadczenie zdobywał latami w swojej pracy i teraz je wykorzystał. Shelton jest bohaterem, który od początku zyskuje przychylność widza. Każdy z nas, będąc w podobnej sytuacji, wybrałby prawdopodobnie identyczną ścieżkę. Idąc ciemną doliną, zła się nie ulęknę, ponieważ ja jestem najgorszym skurwysynem w tej dolinie. Widzimy swoistą przemianę głównego bohatera, z pokrzywdzonego, cierpiącego po stracie bliskich staje się on demonem, aniołem zemsty. Jego czyny prowadzą go za kraty, lecz to nie powstrzymuje go przed dalszym wymierzaniem sprawiedliwości, która jakby nie patrzeć powinna być po jego stronie. Podjęta walka, jest także bojem z systemem, który jest zepsuty i dziurawy. Czy jeden człowiek potrafi rzucić na kolana Temidę? Scenarzysta Kurt Wimmer i reżyser F. Gary Grey starali się odpowiedzieć na to pytanie. Czy im się udało? Warto sprawdzić samemu, ponieważ uważam, że to bardzo dobre kino, poruszające kwestie osobistej wendetty.
Motyw zemsty towarzyszy nam od wieków i będzie kroczył wraz z człowiekiem, aż do końca cywilizacji. Ba może nawet dłużej, jeśli przyjmiemy, że istnieje siła wyższa, bogowie lub istoty kierujące naszymi poczynaniami. W głowach twórców gier powstała przecież opowieść o Kratosie (nawiązująca do mitologii), który mści się na bogach za krzywdy wyrządzone jemu i jego rodzinie. Zaś ekipa z THQ opowiada o tym, co wydarzyło się po apokalipsie, gdy Wojna, a później Śmierć mszczą się na „radzie”, która kierowała losami ludzkości. Wiem, że to tylko fikcja, ale pokazuje nam jak daleko potrafi sięgnąć ludzka wyobraźnia.
Tak samo daleko potrafi się posunąć, gdy chcemy zrobić krzywdę bliźniemu. Zastanówmy się, więc czy krzywdy wyrządzone innym, nie odbiją się nam czkawką.
